Relacja z kolejnej wyprawy - Tatry 2013

Do historii przeszła szósta już, a więc, jak zawsze jubileuszowa, jesienna wyprawa w Tatry. Wydawałoby się, że nic nowego nie może nas spotkać na szlakach, które już kilka razy pokonaliśmy. A jednak po raz kolejny góry zgotowały nam niespodzianki i moc atrakcji. Więc jak zawsze należy stwierdzić: opłacało się!

Dzień zero, środa, 18 września 2013 r.
O godz. 00.00 czyli inaczej mówiąc północ. Nasze samochody dotarły różnymi trasami do Nowego Targu. Nastąpiło radosne spotkanie i wspólny przejazd do Głodówki. Tam jak zawsze w drzwiach pokoju czekały na nas klucze. Zakwaterowaliśmy się w 10 osób (kolejność jak zawsze przypadkowa): Waldek, Gucek, Maciek, Sławek, Robur, Paweł, Ewa, Barbara, Marcin i ja Kuna Kuniewicz. Nie chciałem brać na siebie odpowiedzialności jako przewodnik tej wyprawy, więc zostałem uznany półprzewodnikiem. Do 3.00 rozpracowywaliśmy strategię. Ostatecznie postanowiliśmy wziąć góry z zaskoczenia. Odśpiewaliśmy nasze wyjazdowe hymny „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie…” oraz „Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka. Co robi otchłań? Otchłań czeka!...”. Być może jeszcze coś śpiewaliśmy, ale to już jest trudne do ustalenia.

Dzień pierwszy, czwartek, 19 września 2013 r.
Po krótkiej nocy nastąpiło o
stateczne przepakowanie plecaków (stały, coroczny element). Czuliśmy mały ból głowy, ale ustaliliśmy, że to pewnie wynik przebywania na wysokości (drugie piętro w schronisku ). Paweł w ostatniej chwili zamienił krawat na szalik, a garnitur na sweterek. Zgodnie z planem przejechaliśmy busem z Głodówki na słowacką stronę do Jaworzyny. Tu przy kultowym sklepie spożywczym rozpoczął się nasz szlak. Żeby za łatwo nie było, dopchaliśmy plecaki zakupami w tymże kultowym sklepie, na które złożyły się płyny o różnej zawartości alkoholu.

Deszcz niepokojący nas od rana przestał padać, więc w Dolinę Jaworową zaczęliśmy zagłębiać się w jako takich warunkach. Tempo było niezłe i panował niczym nieuzasadniony optymizm. Dolinę Jaworową mieliśmy praktycznie na wyłączność. Nie jest to zbyt obleganatrasa. W ciągu całego dnia na szlaku minęliśmy 1 (słownie: jedną) osobę. Był to jakiś schodzący w dół samotny harpagan, na którego natknęliśmy się w dole doliny.
Lodowa Przełęcz jest najwyżej położoną przełęczą tatrzańską, przez którą przebiega znakowany szlak turystyczny. Jej wysokość to 2372 m n.p.m. Warto zauważyć, że to wyżej, niż jakakolwiek część "
Orlej Perci” (Świnica 2301 m n.p.m., Kozi Wierch 2291 m n.p.m.) Podejście jest dość długie, gdyż sama dolina ma około 10 km długości zaczynając się na wysokości 975 m n.p.m. A więc 1400 m w górę.. Mało kto pokonuje tę dolinę w tym kierunku, nawet latem. Wszyscy wolą nią schodzić. Na szlaku nie ma wprawdzie żadnych trudności technicznych, ale jest on poprzez swą długość naprawdę upierdliwy. My znaleźliśmy kilka dodatkowych źródeł emocji. Po pierwsze w dolnej części doliny szlakiem płynął regularny strumień. Obfitość wody była rzeczą oczywistą po całonocnych opadach (jak się później okazało w górnej części doliny padało cały czas). Wyżej napotkaliśmy śnieg. Najpierw był tylko atrakcją, potem zaczęło być ślisko. Z kolejnymi metrami podejścia śniegu przybywało. Nie tylko że ślisko, to jeszcze nie widać szlaku, bo śnieg przykrył kamienie, a śnieżna zamieć i chmury ograniczały widoczność do kilkunastu metrów. Człowiek wpatrywał się w białe mleko w kierunku, z którego dochodził głos towarzysza. Czekaliśmy, wypatrując małej postaci która wyłoni się z mgły w tych wielkich górach. Tymczasem osoba ta wyłaziła z chmury tuż przy tobie i niezmiennie było to zaskakujące. Wysyłani w różne strony zwiadowcy mozolnie dostarczali informacji o właściwym kierunku wspinaczki.

Niestety, wszystkie te niezwykle ciekawe okoliczności przyrody znacznie spowalniały tempo marszu i wyczerpywały nasze siły. Temperatura spadła tak bardzo, że nie było mowy by dalej iść bez rękawiczek. Batony zamarzły, woda w bidonach zamarzła, aparaty fotograficzne zastygły w bezruchu w połowie zdjęcia. Musiało być przynajmniej 6 stopni mrozu (na podstawie wieczornych wskazań termometru w schronisku), a dodatkowo wiatr targał nami we wszystkie strony. Pomalutku w nasze głowy zaczął zakradać się niepokój. Nie wiemy gdzie jesteśmy, przełęczy nie widać, sił coraz mniej a do zmroku niewiele ponad godzina, czyli mniej niż potrzebny nominalny czas zejścia z przełęczy do Chaty Teryho. Ups, wieczór zaczął się rysować w ciemnych kolorach. Ćwierkające zwykle i rzucające żartami towarzystwo od trzech godzin szło w absolutnej ciszy, nie licząc nawoływań określających kierunek. Podobno nawet, choć trudno w to uwierzyć, niektórym ze zmrożonych ust wyrwało się przekleństwo. Ale nawet najczarniejszy sen kiedyś się kończy. Więc kiedy noc w górach wydawała się coraz bardziej prawdopodobną rzeczą pierwszy uczestnik (uczestniczka!) osiągnął przełęcz. Żadnych fanfar, żadnego świętowania, toastów, papierosków, piersiówek i tym podobnych rzeczy, które do tej pory na każdej przełęczy były oczywistą oczywistością i świętym obowiązkiem. Rzuciliśmy się w śnieg sięgający powyżej kolan i rozpoczęło się zejście będące walką ze zmęczeniem, zimnem i nieubłaganie zapadającym zmrokiem. Przynajmniej widoczność się poprawiła. Ale pojawiające się obrazy mogły zostać zapisane wyłącznie w naszej pamięci, bo aparaty wciąż pozostawały zamarznięte.


Do schroniska Teryho dotarliśmy w momencie, gdy okoliczne skały pogrążyły się w ciemności nocy. Zmęczeni i głodni, albo może zmęczeni bo głodni. Niebezpiecznie długo nic nie jedliśmy przy tak dużym wysiłku. Ciągle jeszcze w grupie panowała cisza. Dopiero po jakimś czasie w schroniskowej jadalni, przy rozgrzewającej herbacie, nawadniającym piwku i przyspieszającym krążenie koniaku nawiązała się rozmowa podsumowująca dzień i doznane przeżycia.
Lodowa Przełęcz i nasze na niej przeżycia pozostały ulubionym tematem rozmów już do końca wyjazdu. Rozważania filozoficzno – medyczno – turystyczne oraz snucie historii „co by było gdyby…” powracały jak bumerang. Niewątpliwie przełęcz dostarczyła nam mocnych doznań.
Ponieważ nie mieliśmy rezerwacji (co to się porobiło w schroniskach!!!) noc spędziliśmy na podłodze w jadalni w mało komfortowych warunkach. Ale dokładnie tego żeśmy się spodziewali wyjeżdżając w góry.

Dzień drugi, piątek, 20 września 2013 r.
Pobudka o godz. 6.00, bo trzeba zwolnić jadalnię. Śniadanie dostaliśmy w cenie noclegu. Gdy gotowi do drogi stanęliśmy przed schroniskiem Słońce jeszcze nie wyszło zza gór. Wszystkie okoliczne szczyty włącznie z Łomnicą były widoczne, choć zaczepiały o nie jakieś fragmenty chmur.

Po doświadczeniach poprzedniego dnia, biorąc pod uwagę leżący wysoko śnieg i słabą widoczność na szczytach, zrobiliśmy korektę planów. Ruszyliśmy trasą „po poziomicach” czyli przeskok z Chaty Terycho, Tatrzańską Magistralą do Chaty przy Zielonym Plesie. Ze szlaku przez kilka godzin podziwialiśmy bardzo rozległe widoki na podtatrzańskie kotliny i „pół Słowacji” Naprawdę widoczność na 50 – 60 km w każą stronę. Na Tatrzańskiej Magistrali ilość mijanych ludzików wzrosła dość znacząco i kształtowała się w „górnej strefie stanów średnich”. Ludziki te wypiły całe piwo w mijanym schronisku przy Skalnym Plesie, więc postój obiadowy przenieśliśmy dalej, do leżącej opodal stacji kolejki linowej, gdzie restauracja nie miała żadnych braków.
W ciągu dnia szybko się okazało, że wyrażenie „po poziomicach” oznaczało, że czasem poruszaliśmy się wzdłuż poziomic, a czasem prostopadle do nich. Szczególnie „prostopadłe” było zejście z Wielkiej Świstówki (2037 m n.p.m.) do Zielonego Plesa (1545 m n.p.m.). Naprawdę ostro w dół, częściowo po śniegu! 
Zielone Pleso
Wieczorem w schronisku balanga, bo odbywało się właśnie jakieś spotkanie taterników. Ponieważ nie mieliśmy rezerwacji znów straszyli nas podłogą, ale ostatecznie wylądowaliśmy na nocleg w chacie taterników obok schroniska na bardzo wygodnych materacach. Wieczorem grały gitary, sączył się alkohol najwyższej mocy i nagle zrobiło się bardzo błogo. Tak nagle, że co niektórzy zdążyli zdjąć tylko buty.

Dzień trzeci, sobota, 21 września 2013 r.
Deszcz leje. Nie pada, tylko leje. Wychodzimy zdesperowani dość późno, no bo dokąd tu się spieszyć. Ale tuż za schroniskiem deszcz ustał i zrobił nam się całkiem miły dzień. Bardzo przyjemny, prawie pusty szlak do schroniska Plesnivec na obrzeżu Tatr Bielskich i dalej po obiedzie zejście do miejscowości Tatrzańska Kotlina (765 m n.p.m.).

Ścieżka prowadziła nas przez las wzdłuż bardzo, bardzo stromego zbocza doliny. Po zejściu z gór szczęście nadal nas nie opuszczało, bo zaraz na przystanek podjechał rejsowy autobus Poprad – Zakopane. Na Głodówce wysiedliśmy gdy właśnie zachodziło Słońce. Niestety okazało się, że w schronisku zostać nie możemy (nawet na podłodze), bo zostało wynajęte na wesele (co to się porobiło w schroniskach, pytam drugi raz!!!). Więc wykonaliśmy szybki przeskok do Zakopanego, bo o jeździe na dłuższych dystansach nie było mowy. Tam w standardzie turystycznym znaleźliśmy kwaterę. Cały dom dla nas, nikt o nic nie pyta, nikt się w nic nie wtrąca, w niczym nie przeszkadza. Ideał dla takiej grupy jak nasza. Jeszcze zdążyliśmy urządzić pożegnalny wieczorek w karczmie połączony z kolacją, a następnie lekko dobić się na kwaterze.

Dzień czwarty, niedziela, 22 września 2013 r.
Ostatnie wspólne śniadanie. Mimo, że to czwarty dzień wędrowania, każdy w plecakach zachował jeszcze jakieś zapasy. Śniadanie powstało z rzeczy, które przenieśliśmy pierwszego dnia przez Lodową Przełęcz.
Ostatni akcencik to zakup serków i jazda do domu. Góry, które pozostały za nami zasłonięte chmurami wydają się odległym, nierzeczywistym wspomnieniem. Czy odmieniły coś w nas? 
Pogadamy o tym za rok na Orlej Perci.
J. K.

PS.1
Po powrocie dokonaliśmy rezerwacji na kolejny rok. Zaklepany został 12 osobowy pokój w Murowańcu. A więc już można zacząć myśleć o tym, co nas czeka za rok i martwić się o miejsce w składzie.

PS.2
Że z Lodową Przełęczą nie ma żartów niech świadczy zamieszczona poniżej mroczna historia. Dobrze, że nie znaliśmy jej przed wyjazdem, bo byłoby nam „znacznie raźniej”. 

Tajemnica Lodowej Przełęczy.
(skrót na podstawie kilku artykułów)
Do dziś niewyjaśnione są powody jednej z najbardziej tajemniczych tragedii tatrzańskich. Latem 1925 roku z Lodowej Przełęczy do Doliny Jaworowej w załamaniu pogody schodziła rodzina Kaszniców – mąż, żona i syn wraz z taternikiem Ryszardem Wasserbergerem. Do dziś nie wiadomo, dlaczego nagle, nieco poniżej przełęczy wszyscy zaczęli umierać.

3 sierpnia 1925 roku, w schronisku Téryego, rodzina Kaszniców zjadła śniadanie przed wyruszeniem w góry. 46-letni warszawski prokurator Kazimierz Kasznica, jego żona Waleria oraz 12-letni syn postanowili wracać do Zakopanego przez Lodową Przełęcz. Czekała ich długa droga: najpierw podejście na wysokogórską przełęcz, a potem zejście długą i pustą Doliną Jaworową do Jaworzyny Spiskiej i na Łysą Polanę. Pokonanie przełęczy latem dla sprawnego turysty nie nastręcza trudności technicznych, mimo że znajduje się ona dość wysoko: na 2372 m. n.p.m. Tego jednak dnia niepokój głowy rodziny spowodowany był załamaniem pogody oraz długością planowanej trasy. Mimo, że był początek sierpnia, warunki panowały jesienne: było zimno, wilgotno i wietrznie. Rano padał mokry śnieg, następnie deszcz.
Prokurator wypytywał o trasę poznanych w chacie Téryego czterech polskich taterników. Oni również postanowili wracać do Zakopanego przez Lodową Przełęcz. W przypadku tej ekipy przejście trasy nie nastręczało jednak żadnych problemów. 
Niezbyt pewny swej samodzielności turystycznej Kasznica prosił taterników, by przejście odbyć wspólnie. Uczynny, zawsze gotów do opiekowania się słabszymi Wasserberger (najmłodszy z grupy taterników) zgodził się bez namysłu. Około godziny jedenastej obie partie wspólnie wyruszyły ze schroniska. Towarzysze Wasserbergera nie byli zachwyceni tym, że przypadek kazał im odbywać drogę w towarzystwie mało zaawansowanych turystów. Z Kasznicową i jej synem nie mieli na razie kłopotu. Gorzej było ze starszym Kasznicą. Deszcz zalewał mu okulary, bez których, jako krótkowidz, nie mógł się obejść. Co chwila trzeba było zatrzymać się i czekać na niego marznąc na wietrze. Nic dziwnego, że ten powolny pochód nużył taterników, którzy chcieliby jak najszybciej przebiec tę niezbyt ciekawą dla nich drogę. Tylko Wasserberger pozostawał w tyle, pomagając cierpliwie Kasznicom. Czuł się widać odpowiedzialny za połączenie tych niedobranych zespołów. Powyżej Lodowego Stawku, tam gdzie szlak biegnie w górę wprost na przełęcz, bracia Szczepańscy i Zaremba zbuntowali się. Odwołali na bok Wasserbergera i oświadczyli, że uważają za zbędne eskortowanie Kaszniców przez całą czwórkę. Wystarczy w zupełności jeden z nich do czuwania, by nie zbłądzili. Reszta pobiegnie naprzód. Zaremba zaproponował, aby wylosować tego jednego. Wasserberger zgodził się z rozumowaniem przyjaciół, odrzucił jednak pomysł losowania postanawiając zostać z Kasznicami na ochotnika.
Zatem trójka taterników w szybkim tempie ruszyła na Lodową Przełęcz. Po południu byli na Łysej Polanie, wieczorem w Zakopanem. Postąpiono zatem wbrew podstawowej regule turystyki górskiej: razem wychodzimy - razem wracamy i nie rozdzielamy się ani na chwilę na odległość większą niż zasięg wzroku czy głosu. Zastosowanie się do tej reguły, być może, pozwoliłoby uniknąć tragedii. Choć, kto wie ? Może wówczas byłaby ona jeszcze większa? 
Tymczasem Kasznicowie z Wasserbergerem dotarli na przełęcz dopiero po ok. 3 godzinach marszu od chaty Tery’ego! Dodajmy, że według przewodników czas przejścia na tej trasie wynosi 1,5 godz.
Gdy Kasznicowie ze swoim opiekunem osiągnęli Lodową Przełęcz, nastąpiło całkowite załamanie pogody. Zaczęło się gradobicie a wicher wzmógł się, co zresztą jest typowe na przełęczy położonej na takiej wysokości. Taternik pospieszał ich, mając nadzieję, że po drugiej stronie grani, poniżej przełęczy, wiatr osłabnie i warunki będą bardziej znośne.
Kiedy zaczęli schodzić wydarzył się dramat. W górnej partii doliny nagle zaczęli umierać. Najpierw młody Kasznica począł się skarżyć, iż traci oddech. Matka wzięła od chłopca plecak, a Wasserberger pomagał mu iść. W pewnym momencie starszy Kasznica usiadł na głazie ze słowami: „Jestem bardzo zmęczony... Dalej iść nie mogę...” Pierwszym odruchem Kasznicowej było zwrócić się o pomoc do Wasserbergera, jako najsilniejszego i najbardziej doświadczonego w zespole. I wówczas usłyszała przerażającą, niezrozumiałą wprost odpowiedź młodego taternika: „Czuję się bardzo słaby…”  Kobieta zaprowadziła syna i Wasserbergera za głaz, dający nieco osłony od wiatru. Dała im trochę koniaku, a synowi również czekolady. Wróciła po męża, który był w bardzo złym stanie. Jemu również podała odrobinę koniaku. Kasznica nie miał siły, by dojść do głazu, za którym znaleźli schronienie syn i taternik. - Wróciła do nich. Byli umierający. Wasserberger majaczył coś gorączkowo, wspominał matkę. Próbował wstać, iść. Kasznicowa prawie siłą zmusiła go do pozostania na miejscu, a następnie powróciła do męża. Był martwy. Z rozpaczą podbiegła do syna. Leżał sztywny, nieruchomy, a kilka kroków niżej - trup Wasserbergera, który widać w agonii zdołał porwać się, przejść parę metrów - potem padł nieżywy, kalecząc się w rękę i głowę. Jak wynika z sekcji zwłok, taternik złamał wówczas rękę.
Waleria Kasznicowa, której poza wyczerpaniem fizycznym i psychicznym, nic nie dolegało, przesiedziała przy zwłokach 37 godzin, czekając na swoją z kolei śmierć, nie mając odwagi odejść, nic nie jedząc, grzejąc się tylko kocem i maszynką spirytusową. 5 sierpnia zeszła Doliną Jaworową na Łysą Polanę. Tam spotkała generała Mariusza Zaruskiego, naczelnika Pogotowia Tatrzańskiego. Zaruski, słysząc nieprawdopodobną historię, natychmiast wysłał w miejsce tragedii ratowników. Pozostało im już tylko znieść ciała z gór. 

Do dziś nie wiadomo, dlaczego chłopiec i 2 mężczyzn, w tym młody taternik pełen sił, zmarli nagle, w tym samym czasie. 
Podejrzewano, że przyczyną był koniak, który wypili wszyscy trzej. Na Walerię Kasznicową padło nawet podejrzenie zatrucia mężczyzn oraz syna. Dlaczego i po co jednak miałaby to robić? Poza tym chłopiec i taternik poczuli się słabo zanim wypili koniak. Snuto nadal dywagacje: chłopiec miał duszności, skarżył się na trudności w oddychaniu. Czy zatem przyczyną nagłej śmierci mogła być próżnia, wytwarzająca się czasem po jednej stronie grani, przy silnym wietrze? Dlaczego jednak nie zabiła ona kobiety? Podobnie – gdyby przyczyną śmierci miało być załamanie pogody i silny wiatr, który wiejąc w twarz, również może bardzo utrudniać oddychanie – dlaczego zmarli mężczyźni, w tym pełen sił młody taternik, a kobieta przeżyła, nie doznając nawet dolegliwości, na które skarżyli się mężczyźni?
Sekcja zwłok wykazała obrzęk płuc i zatrzymanie akcji serca z nieznanych przyczyn. Mogły nimi być bardzo trudne, wyczerpujące organizmy warunki. Jednak Wasserberger był młody i silny, a co więcej, miał niejednokrotnie do czynienia ze znacznie trudniejszymi warunkami w górach. Postępowanie w tej sprawie umorzono.
Tajemnica tragedii, jaka rozegrała się w Dolinie Jaworowej, do dziś pozostaje nierozwiązana.