Nowela futurystyczna

W dobie ekologicznego szaleństwa, przykuwania się do drzew, krzaków i pokrzyw, gdy arcymodne jest podejmowanie inicjatyw ochrony dżdżownic i szarańczy pstrej oraz w czasach gdy naturalne siedliska człowiecze zaczynają być chronione przez człowieka przed człowiekiem pozwoliłem sobie na małą nowelkę o nieco przewrotnej treści.


Perełka, czyli przewrotna nowela futurystyczna.
autor: Jarek Kuniewicz (autopromocja).

Dużymi krokami pokonywał ogromny korytarz Ministerstwa Środowiska. Najpierw dziesięć metrów w jednym kierunku, zwrot na pięcie i dziesięć metrów w drugą stronę. Tak od dobrych dwudziestu minut tam i z powrotem. Nie zjadała go trema, nie był zdenerwowany. Był raczej podekscytowany, a tymi dużymi krokami wprowadzał się w swojego rodzaju trans. Kroki nie były miarowe. Każdy był niepowtarzalny i miał w sobie coś z rytualnego tańca. Po prostu rozpierała go energia. Musi być dziś przekonujący. Musi im to wszystko przedstawić tak jasno, zasypać argumentami, zarazić entuzjazmem by projekt zyskał poparcie.
Od dwunastu lat bezskutecznie zabiegał o realizację swojego pomysłu. Nie robił tego ani dla pieniędzy, ani dla sławy. Działał dla idei. Uważał, że tylko utworzenie Narodowego Obszaru Ścisłej Ochrony Zanieczyszczeń Przemysłowych może uratować ten kawałek ziemi. Ostatni fragment , na którym jeszcze coś dymiło, ten zabytek, relikt przeszłości, świadek minionej bezpowrotnie epoki. O takich kombinatach i fabrykach ludzie z jego pokolenia wiedzieli cokolwiek już tylko ze starych, papierowych zdjęć żałośnie złej jakości i śmiesznych, dwuwymiarowych filmów. Można to jeszcze zmienić, musi ich jednak przekonać do uchwalenia ściślejszej ochrony tego obiektu. Statut Pomnika Industrializacji już nie wystarczał. Czuł na sobie obowiązek ratowania tej fabryki, winien to jest swoim poprzednikom z Instytutu, tym trzem pokoleniom zapaleńców, którzy w trudnych, przełomowych czasach nie pozwolili jej zamknąć i zburzyć, a potem przez tyle lat podtrzymywali w niej emisję zanieczyszczeń, wyśmiewani i obwoływani trucicielami i głupcami przez ciemną masę ślepych, ekologicznych postępowców. Ileż oni musieli mieć wiary w celowość swej pracy, jaką odporność psychiczną, odporność na presję wielu ówczesnych autorytetów. Ale ich praca nie poszła na marne.
Dziś kombinat dymi jak dawniej, zatruwając ładnych kilkanaście kilometrów kwadratowych. Uratowano go dosłownie w ostatniej chwili. Ku złemu zaczęło iść mniej więcej od 2020 roku, choć niektórzy podają że jeszcze wcześniej. Na potęgę rozpoczęto zakładanie filtrów, oczyszczanie z gazów, pyłów i ścieków, a wreszcie likwidację dymiących kominów i całych zakładów. Zieloni ekolodzy szaleli. Coraz większą powierzchnię zajmowały parki narodowe i rezerwaty przyrody. Obszary chronionego krajobrazu i soczyste lasy zaczynały pojawiać się tam, gdzie niedawno rozciągały się instalacje przemysłowe, gdzie w betonowo-stalowym krajobrazie zielona, mizerna roślina była nieproszonym intruzem, pokrytym pyłem, z rdzawymi plamami na liściach. Rozległe niegdyś tereny emisji zanieczyszczeń kurczyły się i rozpadały na coraz mniejsze wysepki porozdzielane korytarzami ekologicznymi. W 2037 roku zniknął ostatni obszar klęski ekologicznej. Ostatni kwaśny deszcz kroniki wspominają w 2032 roku. Piętnaście lat później zniknął ostatni obszar ekologicznego zagrożenia. W 2054 roku pozostał już tylko ten kombinat, ten jeden, ostatni czynny komin.
Pamiętał te daty dobrze, znał dokładne okoliczności wydania stosownych rozporządzeń i następujących zdarzeń. Z tego zrobił doktorat. Fabryką zainteresował się na samym początku pracy w Instytucie za sprawą swojego profesora. Poczuł się jego następcą, jak on walczył o fabrykę i co ważne odnosił sukcesy. Zmiany były powolne, ale widoczne. Najpierw udało się usunąć filtry na kominie. Powoli zwiększała się emisja dymu i trujących spalin, coraz dalej od fabryki trzymała się roślinność. Powstrzymano dewastację hałd zarastających lasem i rozdeptywanych przez wałęsające się żubry. Gdyby nie spontaniczne akcje pracowników Instytutu polewania całej okolicy toksycznymi odpadami fabryka już by nie istniała. Na szczęście tak się nie stało. Przyszły tłuste lata, w ministerstwie zaczęto przychylniej patrzeć, zwiększono fundusze na emisję zanieczyszczeń. Teraz największym problemem stawała się wciąż rosnąca liczba turystów. Fabryka może nie wytrzymać tego najazdu. Chętnych, którzy choć na chwilę chcą uciec z łona nieskażonej przyrody ciągle przybywa. Konieczne są kolejne kroki, konieczne są zmiany....
Nad drzwiami zapaliło się zielone światło. Minister i jego Rada czekają na niego.

***
Udzielił ostatnich wyjaśnień, odebrał podziękowania za wygłoszony referat i wyszedł na korytarz. Był zadowolony. Po tylu latach starań wreszcie chyba dojrzeli do tego, by przyznać rację jemu i całemu Instytutowi. Oficjalna odpowiedź nadejdzie za kilka dni, może za tydzień, ale już teraz czuł, że wywalczył to co chciał. Powstanie wreszcie Narodowy Obszar Ścisłej Ochrony Zanieczyszczeń Przemysłowych i Rezerwat Zdewastowanej Przyrody. Oznacza to możliwość podjęcia działań na większą skalę i z większym rozmachem. Dotychczasowy teren oddziaływania kombinatu będzie można zwiększyć kilkakrotnie, razem z otuliną będzie ładnych kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych. Wielu gatunków roślin i zwierząt trzeba będzie szukać jeszcze dalej. Uśmiechną się mimowolnie. Zaczął trochę marzyć. Zwiększy się emisja dymów, może nawet uda się zmienić skład wyziewów kominowych na bardziej toksyczny. Przydałoby się też trochę ścieków puścić do pobliskiej rzeki, bardziej zeszpecić hałdy, dla turystów stworzyć strefę nieograniczonego zaśmiecania, rozbudować zakład. Pracy będzie sporo, ale kto wie, może za pięć, dziesięć lat uda się tu stworzyć coś , co wydawałoby się zginęło bezpowrotnie: obszar klęski ekologicznej z prawdziwego zdarzenia. Takiej perełki nie ma nikt. Turyści będą zachwyceni.

Autor: Jarek Kuniewicz.