Nowela dydaktyczna o zacięciu moralistycznym

Postanowiłem podzielić się pewną historią. Gdy pierwszy raz wpadłem na ten tekst, a był to rok 1993, od razu pomyślałem że jest mocno prawdziwy. Potem moje własne dzieci tylko mnie w tym utwierdzały. Właśnie niedawno nadszedł taki moment, że regularnie zaczęły mnie ogrywać (w szachy i nie tylko!) więc znów przypomniało mi się to opowiadanie.
Mam nadzieję, że autor oryginału, pan Jarosław Adamowicz nie obrazi się, że jego tekst nieco po swojemu zmodyfikowałem.
Życzę przyjemnej i pouczającej lektury.
Jarek Kuniewicz.

Szachy, czyli nowela dydaktyczna o zacięciu moralistycznym.

Był dżdżysty jesienny wieczór. Moja mała przyniosła mi szachy. Było przyjemnie. Skwierczało w kominku, za oknem wiatr i złote liście. Zagraj ze mną – poprosiła. Spojrzałem zdziwiony. Jak na trzylatkę wcześnie. Zacząłem tłumaczyć reguły. Ze zrozumieniem kiwała głową. Widziałem jej szeroko rozwarte źrenice. Była skupiona.
Nic nie zapowiadało niezwykłych wydarzeń.
Pierwszym swoim ruchem usunęła z szachownicy moją czarną wieżę. Nie podobała jej się. Rzeczywiście, była trochę odrapana. Nie miałem pretensji. Postanowiłem wyrównać oddech i skoncentrować się. Cierpliwie wielokrotnie namawiałem ją do bicia. Bez ustępstw, ale lojalnie podpowiadałem kierunek obrony. Sugerowałem kontratak. Byłem fair. Z moich podpowiedzi korzystała rzadko, jakby mimochodem. Mojemu doświadczeniu przeciwstawiła elegancję, finezję i ocean wyobraźni. Przestrzeń szachownicy nie była dla niej ograniczeniem. Strącone figury wielokrotnie powracały w szranki jej białej armii. I na odwrót. Czasem żołnierz odsyłany zostawał na urlop. Zawsze miała na podorędziu ustawionych obok kilku śpiących rycerzy, gotowych w każdej chwili do służby. Przywilej urlopu dotyczył także króla. W skupieniu usuwała go z pola w momentach dla mnie nie wyjaśnionych. Piony zaś poruszały się z chyżością gońca, skocznością konia i ponurą siłą królowej. Najwyraźniej grała według innego, obcego mi porządku, według odmiennych, nowatorskich, nieznanych mi reguł. Miała inny cel od tego, którego mogłem się spodziewać. A może nie miała go wcale?
Partia była długa. Pomimo licznych zasadzek zwycięstwo moje było pewne, a przyjęta strategia imponująca. Czarna armia triumfowała bez reszty i kontynuacja partii nie miała sensu. Byłem dumny. Przecież szanse były nierówne, bo ja konsekwentnie grałem według reguł. Spojrzałem w jej oczy. Były szczęśliwe.

W nocy długo nie mogłem zasnąć. Powracało wspomnienie tej dziwnej , wieczornej rozgrywki. Owej niewyjaśnionej aury szalonych, posunięć „bez sensu”, która kołatała mi gdzieś w mrokach świadomości. Dumałem o zagadkach mojego zwycięstwa, które nie przyniosło mi satysfakcji.
Mijały godziny. Tabuny czarno- białych figur tańczyły przed oczyma. Nieustraszone zastępy czarnych gońców, dzierżąc miecze w stalowych dłoniach ruszały do rozstrzygającego starcia. Ostrym klinem przełamywały struchlałe resztki białej armii. Otaczały mnie zewsząd krzyki umierających, jazgot stalowych toporów rąbiących tarcze. Białe rumaki galopowały w popłochu. Odrąbane głowy w białych hełmach. Zgiełk bitewny. Rżenie koni. Mat. Zobaczyłem ich króla.... uśmiechną się pobłażliwie, ze zrozumieniem i życzliwością! Królowa patrzyła na mnie. Po jej twarzy także błąkał się uśmiech. Znów wyraźnie zobaczyłem szczęśliwe oczy.
Ocknąłem się. Nagle mnie olśniło!
Wczoraj wieczorem, kiedy zasiedliśmy po obu stronach stołu te dzielące nas sześćdziesiąt cztery czarno - białe pola miały być terenem naszego spotkania, naszego starcia. Konfrontacji zwycięskiej lub przegranej, mającej się toczyć wedle określonych reguł. Ale ona ich nie przyjęła! Tym samym nie przyjęła walki. To ja walczyłem po to by zwyciężyć. Ona poruszała figury czerpiąc bezinteresowną radość z każdej chwili. Upajała się ciągłą zmianą konstelacji. A ja próbowałem wciągnąć ją w mój świat rozstrzygnięć. To ja grałem zapatrzony w przyszłość i walczyłem o COŚ. To mnie umykała każda niepowtarzalna chwila. To ja próbowałem narzucić obcy jej, konwencjonalny świat reguł, moich reguł, reguł dorosłych. A ona go nie przyjęła. W trakcie tej partii rozminęliśmy się.
Pojąłem wszystko. Oto ja – wygnaniec. Nędzny, wyłysiały pragmatyk. Wygnano mnie z raju dzieciństwa , ze świata doznań i krajobrazów. Zamieniłem go na kodeks i mapę. Jestem Krzysiem, który poszedł do szkoły i nie chce rozmawiać już z Puchatkiem. Nauczono mnie skrupulatnie liczyć i myśleć rozsądnie, wydarto mi rozkoszną radość czynienia głupstw.
Zapadłem w głęboki sen. Spałem długo, śniłem pogodnie.

Następnego dnia, wieczorem zasiedliśmy do partii. Grałem nieśmiało i ostrożnie. Próbowałem różnych wariantów. Pilnie wpatrywałem się w jej oczy pilnując by nie popełnić błędu. Stawiałem pierwsze kroki.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Szło nam coraz lepiej. Z coraz większą lekkością wyprawiałem na śmierć moje piony, coraz sprawniej przywracałem ich do życia. Coraz bieglej stosowałem mistrzowski manewr rozszerzania pola gry, pozwalając, by niektóre , czasem decydujące pojedynki rozstrzygały się pod stołem. Coraz bardziej niecierpliwie oczekiwałem nadejścia owej, stałej już, wieczornej godziny, kiedy mierzyliśmy nasze siły. Uczyłem się i robiłem postępy. Szło mi dobrze.

Minął rok. Pamiętam ten wieczór. Była jesień. Graliśmy w szachy. Przyjemnie skwierczało w kominku. Zacząłem jak zwykle ostrożnie. Umieściłem pion na głowie mojej wieży, a gońcowi kazałem tymczasowo odmaszerować. Nie spodobało jej się to. Przekomarzaliśmy się i musiałem ustąpić. Ruszyła do ostrego ataku. Ratując się, chwilowo przypisałem pionowi funkcje konika. Króla dla bezpieczeństwa umieściłem w kieszeni. Nie wygłupiaj się – powiedziała. Nie zwróciło to jeszcze mojej uwagi. Muszę się skoncentrować - pomyślałem. Zaiste! Byłem szalony w mojej naiwności. Zapomniałem że istnieje czas. Kazała mi wyjąć króla z kieszeni. Zajrzała pod szachownicę. Skonfiskowała moich rezerwowych rycerzy. Skwapliwie wychwyciła wszystkie figury pędzące swój drugi żywot w partii. Zlikwidowała zastępy pośmiertnie wskrzeszonych oraz pełne pionów wojskowe szpitale, które dla bezpieczeństwa rozlokowane były obok stołu. Zakazała krzyżowania funkcji, zabroniła gońcom skakać a pionom atakować od tyłu po przebyciu tajnej drogi pod serwetą. Zlikwidowała wszelkie tak pełne uroku kryjówki, miejsca schadzek królowej z wrogim królem, kazała dokładnie wytrząsnąć rękawy, opróżnić kieszenie, wycofała się z zawartego przed miesiącem paktu o nieagresji po lewej stronie szachownicy, przestała respektować humanitarne prawo o ochronie konia kiedy okuleje, odebrała nam wreszcie prawo do rozstrzyganiu o zwycięstwie poprzez rzut kostką.
Siedziałem powalony i obrabowany tępo patrząc w jeden punkt. Obrabowany, pozbawiony tajnych forteli i nade wszystko złudzeń. Ona po prostu zrobiła porządek i wyprostowała reguły! Ale dla kogo? Na pewno nie dla mnie. Szachy oparte na starych regułach wydały mi się grą nudną, flakowatą i ślimaczą. A zresztą nie pamiętałem ich już. Byłem zrozpaczony. Zrozumiałem wszystko. Moja panna zapragnęła wygrać, co zresztą załatwiła paroma ruchami. Nie stawiałem oporu. Czułem się zdradzony i oszukany. Ona bezlitośnie triumfowała. Musiałem sam obwieścić swoją porażkę, a zwycięzcy złożyć honorowe gratulacje.

Była to nasza ostatnia partia. Od tamtej pory nikt nie chce grać ze mną. Mówią że jestem głupi, życzliwsi że się wydurniam, formaliści że oszukuję.

(Autor: Jarek Kuniewicz na podstawie tekstu Jarosława Adamowicza)