WYPRAWA ZIMOWA 2012 "POSZUKIWANIE POLESKIEGO EXTREMUM"

Z notatek uczynionych w lekko zamokniętym zeszycie, spisanych ołówkiem kopiowym na kolanie w ciasnocie namiotu, zrobił się ku memu zaskoczeniu sporych rozmiarów felieton - dziennik wyprawy. Spokojnie, nie jest tak długi jak "Trylogia". Jeśli ktoś jest ciekawy jak udał się nasz biwak zimowy zapraszam do lektury.

Tytułem wstępu.
„Każdy ma swój Biegun”. Pod takim hasłem kilka lat temu grupa polarników przewędrowała zimą fragment polskiego wybrzeża Bałtyku. Dlaczego my nie mielibyśmy poszukać swojego bieguna. Bez problemu można go znaleźć nie dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od Lublina, wystarczy zrobić tylko odpowiednie założenia. Ma być zimno, śnieżnie, wietrznie i odludnie. W trakcie poprzednich zim zapuszczaliśmy się kilka razy w okolice Sobiboru. Otwarte przestrzenie jezior i bagien to Arktyka. Zaśnieżone lasy i brzozowe zagajniki to Syberia. Wystarczy. Nic więcej nie trzeba.
Domowym sposobem powstały  specjalne sanie transportowe. Reszta wyposażenia to zwykły letni sprzęt biwakowy i kilka zimowych ubrań. Na więcej nie bardzo było nas stać, a sponsorów jakoś ani widu ani słychu.
Celem naszej zimowej wyprawy 2012 „Poszukiwanie Poleskiego Ekstremum” było przemierzenie jak najbardziej odludnych obszarów i pustkowi Polesia Lubelskiego w warunkach zimowych, przy założeniu samowystarczalności i nie kontaktowaniu się z cywilizacją. Chcieliśmy doświadczyć surowości przyrody i klimatu i zmierzyć się z nim przy wykorzystaniu prostego sprzętu zaadaptowanego do potrzeb wyprawy, tak, by nadać jej cechy pionierskiej przygody. Jak nam to się udało, przeczytacie poniżej.

Dzień pierwszy  luty 2012 r.
W Stasinie, na polance przy Starym Lesie spotykamy się we czterech. Jest godz. 14.00. Cel na dziś to przetestować nasz improwizowany sprzęt i zrealizować pierwszy nocleg. Co innego rozważać wszystko teoretycznie, a co innego wypróbować to na sobie. Warunki do testu idealne. Jest śnieżnie i zimno. Na tyle zimno, że potem na trasie wyprawy możemy spodziewać się już tylko wyższych lub porównywalnych temperatur. Jeśli dzisiaj damy radę, to nie powinniśmy się obawiać kolejnych noclegów. Kluczowa dla nas jest temperatura i do jej notowania przykładamy dużą wagę. Nikt z nas właściwie nie nocował w zimie w namiocie, więc w czasie tej pierwszej nocy chcemy zebrać jak najwięcej doświadczeń na temat funkcjonowania zimowego obozowiska. Póki jesteśmy blisko Lublina jest jeszcze czas na ewentualne poprawienie lub uzupełnienie sprzętu. Żeby nie było żadnych dywagacji na temat dokładności pomiarów temperatury, mamy ze sobą termometr używany na stacjach meteorologicznych. Wskazuje aktualną temperaturę oraz minimalną jaka występuje między kolejnymi odczytami. Pierwszy pomiar: godz. 15.00 – temp. –12oC.

Pierwsza sprawa, to przegląd sprzętu. Ile tego mamy. Co mamy, to mniej więcej wiadomo, bo uzgodniliśmy to kilka dni wcześniej. Najpierw wykładamy nasze bagaże na rozpostartą na śniegu plandekę, potem w sensownej kolejności i porządku staramy zapakować to na sanie. Przy trzeciej próbie załadunku wszystko się zmieściło i na dodatek wydaje się być rozsądnie rozmieszczone i stabilnie przymocowane. Ruszamy pokonywać pierwsze metry z ekwipunkiem na saniach. Kluczymy między drzewami, z górki i pod górę. Wygląda na to, że nie powinniśmy mieć kłopotów z ich ciągnięciem. Może trzeba będzie tylko trochę wyregulować długość liny pociągowej.

Godz.16.30. Słońce już zaszło. Czas najwyższy na rozstawianie namiotów. Mamy jeszcze jakieś pół godziny zmierzchowej poświaty. Potem głęboka ciemność też nas raczej nie ogarnie z uwagi na leżący śnieg i odbijane od chmur światła bliskiego Lublina. Mamy jednak świadomość, że w trakcie prawdziwie dzikiego biwakowania wybór miejsca i rozstawienie obozowiska musi nastąpić przed zachodem Słońca.
Rosną dwa namioty. Moja obszerna trójka dla dwóch osób i Miszy maleńka dwójeczka, w której też będą próbowały się upchnąć dwie osoby. Po przykryciu plandeką i przysypaniu śniegiem niewiele ją widać i zaczynamy mieć wątpliwości czy zmieszczenie tam dwóch osób wogóle będzie możliwe. To, że bagaż się tam nie zmieści jest pewne. Godz. 17.00. Kolejna kontrola temperatury: - 16oC.
W trakcie montowania śrub namiotowych ręce marzną. Kiedy zdejmiesz rękawicę wydaje się, że nie jest źle, ale wystarczy tylko do czegoś dotknąć, a ręce natychmiast sztywnieją i czujesz jak zimno zatrzymuje w palcach wszelki ruch. Spodziewam się, że po kilku dniach na mrozie i szarpaniu się z liną od sań skóra dłoni stwardnieje a jej wygląd będzie przypominał ręce starego szypra. Po powrocie do normalnego życia manicura będzie nieodzowna.

Rozpoczynamy pierwsze gotowanie. Butla odpala, choć gaz leci mizernie. Myślę że gdzieś w okolicach –25oC nasze butle byłyby bezużyteczne i trzeba by bazować na paliwie stałym. Ale nie porywamy się na tak niskie temperatury (??}. My gotujemy w namiocie, Marcin i Sławek koczują ciągle na dworze. W mojej trójce warunki dla dwóch osób są bardzo dobre. Wyciągamy się wygodnie na materacach. Chłopaki na dworze skończyli posiłek i dołączają do nas. Przed wejściem sprawdzają temperaturę. Godz. 19.00. Temperatura – 19oC.
W namiocie sadowimy się jakoś we czterech, gadamy i gramy w karty. Pojawia się oczywisty temat. Czy można zamarznąć?
Bez alkoholu to nie takie proste. Człowiek odczuwa zimno, budzi się, dygoce, może podjąć jakieś działania zaradcze. Podróżnicy którzy zamarzali byli w sytuacji zupełnego, krańcowego wyczerpania ( w ciągu trzech czy czterech dni nam to nie grozi). Brakło im już sił na podjęcie jakiegoś działania lub ginęła nadzieja na jego sens, nadzieja na ocalenie. Usiąść na śniegu, zamknąć oczy, stopniowo tracić czucie by wreszcie zasnąć i więcej się nie obudzić. To była całkiem kusząca i realna alternatywa wobec kolejnych godzin i dni walki z bólem, z zimnem, przy minimalnych, mglistych szansach na uratowanie. Jestem przekonany przed tą pierwszą nocą, że my co najwyżej możemy złapać katar i lekko zesztywnieć.

Niechcący potrącone gasną oświetlające namiot świeczki. Nie możemy znaleźć żadnej zapalniczki, a były chyba ze trzy. Pudełka zapałek mimo że były w kieszeni porozklejały się od wilgoci. Rozsypane po kieszeni zapałki są do niczego , bo też zrobiły się wilgotne. Obiecujemy sobie, że następnym razem zabierzemy po jednej zapalniczce do każdej kieszeni. Zaczynamy dostrzegać, że różne drobiazgi łatwo mogą stać się sporą uciążliwością. Zaczynamy dostrzegać, że kolejność zwykłych ,codziennych czynności staje się w tych warunkach bardzo istotna a odkładanie wszystkiego na swoje miejsce urasta do rangi podstawowej zasady przetrwania.

Gdy siedzimy i gadamy upchani we czterech wydaje się całkiem ciepło. W namiocie przy podłodze –5oC. Przy płonącym palniku butli i dwóch świeczkach temperatura przy suficie rośnie do +10oC. Śnieg pod namiotem nie rozpuścił się jednak, nawet się nie zlodził, nawet się nie zapadł i nie ubił. Gdy na legowisku przekręcałem się na bok chrupał pod spodem.
O 22.30 chłopaki zakończyli gościnę u nas i upchali się w swojej dwójce. Cały bagaż musiał zostać przed namiotem. Ciasnota u nich i tak wielka. Nawet wejście do śpiwora to cyrkowa sztuczka. Ja jeszcze wykonałem ostatni spacer i sprawdzenie temperatury. Godz. 23.00 – temp. – 21oC. Nieźle. W namiocie zimowy strój zamieniam na zimową piżamę. Kalesony, kalesony, dresy. Mam na sobie tyle warstw i tak szczelnych, że jak puszczę bąka, to wyleci dopiero po powrocie do domu.

Jaka temperatura była w namiocie po zgaszeniu butli i światła nie wiadomo, bo termometr był na dworze. Wychładzało się jednak bardzo szybko. Nawet w czapce głowa marzła, a wdychane powietrze sprawiało wrażenie jakby zamarzało w nosie. W mroźnym powietrzu niosły się wyraźnie jakieś leśne dźwięki, wydawało mi się że ktoś chodzi w pobliżu, wreszcie jednak do śpiwora przyszedł sen.

Dzień drugi
Godz. 6.00. Wyjście ze śpiworów nie było takie straszne. Z różnych czytanych zimowych relacji wynikało że będzie gorzej. Na termometrze –15oC. Gęby mamy popuchnięte. Czyżby od mrozu? No, na pewno nie od gorąca. Zanotowana o godz. 23.00 temperatura –21oC okazała się minimalną tej nocy.
Po pierwszym noclegu jesteśmy w różnym stanie. Krzysiek mocno chrypi , Misza skarży się na zmarzniętą głowę. Diagnoza jest prosta: jeśli nie umrze to żyć będzie. Mi zimno nie dokuczyło i jest ok. Jedni spali wygodniej inni mniej, ale okazuje się że jednak wszyscy złapaliśmy jakieś fazy snu bo z każdego namiotu słychać było chrapanie. Odnotowali to ci, którzy akurat przekręcali się z jednego boku na drugi.
Zza lasu wyszło słońce i zaczyna nas rozgrzewać. Pierwsza noc przechodzi do historii.
...
(przemieszczamy się na Polesie)
...
Wieczorem na raty docieramy samochodami do Nowego Orzechowa. Zjawiło nas się tutaj trzech, zdesperowanych i gotowych do nowego wyzwania: Marcin „Misza”, Sławek „Doktorek” i ja „Kuna”. Krzysiek z powodu przeziębienia musiał się wycofać. Przenocowaliśmy u samotnej babci w chatce pod lasem. Zupełnie jak w Siekierezadzie. Babcia miła, gościnna i światowa. Gadać z nią można było na każdy temat. Bardzo fajna kwaterka. Oszklona weranda domu była idealnym miejscem na dokonanie ostatniego, wieczornego przeglądu bagażu. Znalazło się jeszcze kilka rzeczy, których postanowiliśmy nie zabierać. Istotna zmiana: zamiast dwóch namiotów, zabieramy jeden czteroosobowy.
Zimowa wyprawa ma tę zaletę, że spakować można się dużo wcześniej i to włącznie z zakupami spożywczymi. Czekają zamarznięte. Nie ma sensu zabierać czegoś, czego nie można zamrozić, bo i tak po pierwszym dniu podróży wszystko wygląda tak, jak rzeczy wyciągnięte z zamrażarki.
Przed kolacją kontrola temperatury: godz. 19.30 -6oC.

Dzień trzeci
Pobudka o godz. 6.00. Śniadanie, herbata do termosów, ładowanie sań. Wymarsz 8.00. Temperatura –13oC. Początek dnia bardzo przyjemny ze świecącym słońcem i skrzypiącym śniegiem. Pierwsze dwa kilometry drogą przez las a potem przez kilka godzin odcinki specjalne. Najpierw kilkaset metrów przez wiatrołom, gdzie po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z precyzyjnym kierowaniem sań, a jednocześnie z pierwszą próbą taranowania zarośli. Potem około 2 kilometrów względnie normalnych łąk, gdzie z kolei okazało się jak łatwo nawet przy widocznym słońcu tracić orientację. Oczywiście nie tak, żeby zamiast na wschód iść na zachód, ale pomyłka nawet o 45o stanowiła już problem. Dlatego od tego momentu nieustannie kontrolowaliśmy kierunek marszu dyżurnym kompasem i co raz orientowaliśmy mapę.

Dotarliśmy w końcu do pierwszego jasno określonego celu na naszej trasie jakim był rezerwat torfowiskowy „Lejno”, Torfowisko czyli po prostu kawał bagna. Dojście do niego to masakryczne przedzieranie się przez splątane zarośla. Byliśmy blisko zwątpienia w możliwość przedostania się z saniami. Bagno też wyglądało nieco inaczej niż podpowiadała mi wyobraźnia i dotychczasowe doświadczenia. Po pierwsze niski poziom wód jesienią sprawił, że kępy turzyc wyjątkowo wysoko wystawały ponad zamarzniętą powierzchnię. Po drugie było tu wyjątkowo mało śniegu, tak, że można sobie było pomyśleć że to raczej zaawansowana wiosna niż środek zimy. Po trzecie kępy turzyc wzbogacone były o trzcinowe wysokie zarośla przez które przepychaliśmy się na rympał. Przyjęliśmy taką taktykę: dwóch ciągnie sanie, trzeci pilnuje by zachowały stateczność na wysokich kępach. Był to trudny i wyczerpujący odcinek. Od pewnego momentu postanowiliśmy trzymać się wyraźnej, choć bardzo wąskiej ścieżki wydeptanej przez zwierzęta. Na skraju torfowiska znów pojawiły się splątane zarośla w które zagłębiała się ścieżynka. Przed każdym kolejnym odcinkiem kilkudziesięciu metrów, który pokonywaliśmy saniami, wysyłany był zwiadowca w celu sprawdzenia możliwości przedostania się. Czasem sanie ciągnęła już tylko jedna osoba. Drugi z nas pilnował ich stabilności, trzeci pełnił funkcję naginacza, odciągając i naginając pnie krzaków i małych drzew tak by umożliwić przejazd sań. Po przejściu gęstych zarośli weszliśmy w coraz bardziej rzednący, zalany wodą las i wreszcie wydostaliśmy się na pola.
Odległość jednego kilometra na obszarze rezerwatu „Lejno”pokonywaliśmy 2 godz.

Przed wyjściem na otwartą przestrzeń łąk wzmocniliśmy się zimnym obiadem i gorącą herbatą bo czuliśmy bardzo wyraźną potrzebę dostarczenia nowych sił. A porcja kabanosów, sucharów, batonów, czekolady, sezamek i gorącej herbaty wlała w nas nowe życie.
Obraliśmy kierunek na maleńkie jezioro Gumienko. Teraz przez rozległe łąki pokryte nie za grubą warstwą śniegu poruszaliśmy się szybko w linii prostej. Na przeszkodzie stawały tylko rowy melioracyjne. O ile pierwsze z nich pokonywaliśmy z pewną ostrożnością i rezerwą, nie do końca ufając lodowej tafli, to przy kolejnych nie zastanawiając się wiele wpadaliśmy na lód z przekonaniem, że skoro utrzymał nas na poprzednich przeszkodach, to i tym razem będzie wystarczająco gruby.

Na jeziorze Gumienko lód pokrywała idealna i nieskazitelnie równa warstwa śniegu. Idylliczny obrazek popsuło nam jedynie to, że słońce akurat skryło się za chmurami i pozostało za nimi już do końca dnia. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po wejściu na jezioro było wykucie przerębla. Chcieliśmy sprawdzić grubość lodu i ocenić stopień bezpieczeństwa. Przekonaliśmy się szybko, że wykonanie przerębla przy użyciu naszej małej siekiery nie będzie prostą sprawą. Po przerąbaniu 30 cm lodu daliśmy za wygraną. Było oczywistym, że przy takiej jego grubości możemy po jeziorze jeździć nawet kombajnem. Od jeziora szliśmy kawałek skrajem lasu a potem wielki kawał przez rozległe pola PGR w Zienkach. Wiatr musi tu często i nieźle heblować, bo śnieg był mocno przewiany i mocno zmieszany z drobinkami ziemi nawiewanymi z pól. Pokonując kolejny rów jaki znalazł się na naszej drodze postanowiliśmy spróbować przejść kawałek po jego zamarzniętej tafli. Po kilku godzinach marszu od rana czuliśmy już trochę zmęczenia w nogach i rękach, równa powierzchnia lodu była więc wielką pokusą. Sanie sunęły idealnie dnem rowu. Szybko jednak trafił się fragment wydający mocno niepokojące dźwięki, aż wreszcie znaleźliśmy się w strefie na tyle cienkiego lodu że było już tylko kwestią czasu kiedy wpadniemy do wody i kogo pierwszego to spotka. Korzystając z mniej stromego fragmentu rozpoczęliśmy ewakuację sań na przyległą łąkę częściowo dziurawiąc butami lód, na szczęście w sposób zupełnie nieszkodliwy dla naszych nogawek i skarpet.

Po kilku kilometrach bezdrzewnych pól odmiana. Weszliśmy w lasy Poleskiego Parku Narodowego, ale dosyć szybko krajobraz wokół znów się zmienił bo wydostaliśmy się na śródleśne łąki. Była godzina 15.00 a nas ogarniało już zmęczenie. Tempo było coraz wolniejsze, wyraźnie dawało się odczuć, że nikt już nie przykłada się do ciągnięcia sań. Coraz częściej robiliśmy zmiany przechodząc z pozycji prowadzącego na stanowisko na tyle sań, które było najmniej wyczerpujące. Zaczął padać drobny śnieg. Stało się jasne że trzeba myśleć o odpoczynku i noclegu. Z drugiej strony patrząc na mapę trasa pokonana w ciągu dnia wydawała się niepokojąco krótka, a my byliśmy znacznie bliżej niż robione na ten dzień założenia. Cóż, znacznie łatwiej jest jeździć palcem po mapie siedząc przy ciepłym piecu, niż z bagażem na plecach i saniach przedzierać się przez dzikie łąki. Postanowiliśmy podjąć jeszcze pół godziny marszu.

O 15.40 rozpoczęliśmy rozbijanie obozowiska w samym środku dzikich, podmokłych łąk Poleskiego Parku Narodowego. Z powodu obozowania na terenie parku mieliśmy małe wyrzuty sumienia, ale szybko wytłumaczyliśmy sobie, że nasza ingerencja w chronioną przyrodę o tej porze roku jest praktycznie zerowa. Przecież nawet ogniska postanowiliśmy nie rozpalać przez cały czas trwania wyprawy. Szybko nastąpiło rozładowanie sań, rozstawienie namiotu, wkręcenie śrub lodowych, nakrycie plandeką przeciwwiatrową, okopanie śniegiem. Potem wtłoczenie do środka całego bagażu , organizowanie legowiska, przyrządzanie posiłku.

Padający na zewnątrz śnieg szybko zagnał nas do wnętrza namiotu i od razu stało się jasne, że ciasnota da nam się we znaki. Przed wyprawą założenia były takie, że w namiotach nocujemy po dwie osoby, ale skoro stało się tak, że wyruszyliśmy we trzech czyli nie do pary, głupio byłoby izolować kogoś w oddzielnym domku. Rozumiałem to, ale jednak byłem zły, kiedy po wejściu do namiotu nie mogłem nawet wyprostować zmęczonych nóg i pleców.

Dwóch w namiocie to optymalna obsada. Przy trzech rodzi się już lekkie zamieszanie, przy czterech prawdopodobnie nastąpiłoby jakieś szaleństwo. W naszym czteroosobowym namiocie każdy otrzymał przydział miejsca szerokości karimaty. Na tej przestrzeni trzeba zmieścić siebie, swoje plecaki, buty, suszące się rzeczy. Czwartą przestrzeń zajmują butle, garnki, beczka zaopatrzeniowa, czyli po prostu kuchnia. Odrobina wolnego miejsca pozostaje przy wyjściu. Akurat tyle by postawić obie nogi i rozpiąć namiot bez tratowania innych, albo przynajmniej z minimalnym ich tratowaniem. Polityka prywatności i intymności oczywiście nie obowiązuje. Jeden wypina tyłek naciągając kalesony, drugi miesza gulasz, trzeci próbuje upchać swoje tobołki jednocześnie szukając baterii do latarki. Trudno powiedzieć czy lepszym rozwiązaniem byłoby gdybyśmy wszyscy w tym samym czasie naciągali kalesony. Układanie bagażu i szykowanie miejsca do spania mogło następować tylko pojedyńczo. To żeśmy sprawdzili. W końcu jakoś ogarnęliśmy się i opanowali sytuację lokalową.

Moja złość na panującą ciasnotę ustępowała wraz z kolejnymi kęsami połykanej kolacji. Do żołądka trafiały w następującej kolejności: kasza gryczana i pulpety, zupa - gorący kubek, herbata, herbata z rumem, czekolada z orzechami, morele suszone i jeszcze troszkę rumu bez herbaty. Całkiem przyzwoita porcja kalorii.

W namiocie dość ciepło. W każdym razie można zdjąć skarpety i przewietrzyć nogi. Wszystkie skarpety trafiają do suszarni urządzonej na beczce tuż przy kuchni. Gra muzyczka z telefonu, robi się całkiem swojsko. Topiąc śnieg gotujemy kolejne porcje wody i napełniamy termosy. Postanowiliśmy wszystko robić w jednym garnku, żeby nie trzeba było go myć. Resztki kaszy i pulpetów rozpuściły się w zupie, resztki zupy rozpuściły się w pierwszej porcji herbaty, resztki resztek rozpuściły się w drugiej porcji herbaty i tym sposobem garnek jest czysty a trzecia herbata już prawie wcale nie miała tłustych oczek. Przed 21.00 ogłaszamy koniec dnia. Jeszcze tylko wieczorne sikanie i odśnieżanie namiotu, bo śniegu na plandece nieustannie przybywa. Czarna czeluść wokół namiotu i wirujący w świetle latarki śnieg uświadomił nam, że jesteśmy zdani na siebie. Wokół dzicz i niczego ciepłego w przeciągu wielu godzin marszu , nie licząc naszych wnętrzności. Dokładnie tego chciałem.

Do spania każdy układa się po swojemu. Ja mam nogi w górze na plecaku, tyłek na kretowisku, którego nie zauważyłem pod śniegiem rozkładając namiot. Głowa spoczywa na poduszce którą tworzą: buty, spodnie, kurtka, pokrowce namiotu, pokrowce śpiwora i jakieś drobiazgi. Nad głową w kieszonce namiotu dynda latarka czołowa, latarka namiotowa, telefon, nóż, i chustka do nosa czyli nocny niezbędnik. Wydaje się to nie do pomyślenia ale zasypiam w ciągu kilkunastu sekund i twardo śpię do rana. Najgorsze ze wszystkiego jest kretowisko pod tyłkiem ...

podsumowanie dnia:
temperatura minimalna w nocy –14oC (z przedziału godz. 20.00 – 6.30)
temperatura rano –13oC (godz. 6.30)
temperatura w ciągu dnia –5oC (godz. 13.00)
temperatura wieczorna –7oC (godz. 16.00)
trasa przejścia 13 km, dwie wywrotki sań.
kontakt z cywilizacją: napotkanych osób 0, przecięta jedna droga asfaltowa.


Dzień czwarty
Rano obudziłem się jak na te warunki nadspodziewanie wyspany. W nocy zimno nie dokuczało, dziwna pozycja też jakoś nie. Całą noc prószył śnieg i namiot był trochę przysypany i obwieszony. Zdaliśmy sobie sprawę, że tego dnia czeka nas brodzenie w głębszym śniegu a do tego rosnąca temperatura zapowiadała że może nam grozić całkowite przemoczenie butów. Zamieniliśmy więc buty na gumowce, co potem okazało się strzałem w dziesiątkę bo w ciągu dnia mokry śnieg na turzycowisku sięgał po kolana. Tego dnia nasze gumowce to były nasze „kalosze szczęścia”.

Wyruszyliśmy około godz. 8.00. Mniej więcej pierwsze dwa kilometry były znośne. Poruszaliśmy się po zasypanych łąkach aż do momentu, gdy pokonaliśmy solidnie obwałowany kanał – doprowadzalnik. Za kanałem rozpoczęła się bardzo ciężka przeprawa przez bagna i kępy turzyc. Osoba która miała popychać sanie z tyłu, znów zamiast tego musiała zająć się utrzymywaniem sań w równowadze, a i to nie zawsze się udawało. Czasem zdobywaliśmy właściwie metr po metrze. Powiedzieć, że przeszliśmy kilometr to nie jest właściwe określenie. My przeszliśmy tysiąc razy po metr. Chwilami wytchnienia były fragmenty pokonywane wzdłuż zamarzniętych kanałów i rowów. Idealnie równy lód to prawdziwa autostrada dla sań. Ciągnący z przodu prawie nie odczuwali wtedy 100 kg ciężaru sań i dodatkowo mogli liczyć na solidne wsparcie osoby pchającej je z tyłu. W ciągu dnia wielokrotnie zmienialiśmy nasze pozycje w zaprzęgu. Pozycja z tyłu traktowana była jako odpoczynek, gdyż wymagała najmniej wysiłku. Z przodu ciągnęliśmy sanie raz z lewej, raz z prawej strony, tak by ręce trzymające uchwyty liny pracowały na przemian.

W bezkresie łąk trudno było precyzyjnie ustalić naszą pozycję i wybrać dobrą trasę. Ja wierzyłem kompasowi i oczom, Misza próbował wykorzystać elektroniczno –satelitarne gadżety do ustalenia naszego położenia. Problem polegał na tym, że bardzo chcieliśmy uniknąć sytuacji w której musielibyśmy zawrócić. A o to było nietrudno. Łąki prawie z każdej strony zamykała zwarta ściana zarośli, prawie niemożliwa do przebycia nawet bez sań. Trasę należało wybierać bardzo starannie by nie wmanewrować się w ślepy zaułek. Każde zawracanie obniża morale załogi. Każdy pomylony kawałek drogi to kolejne metry targania sań, niepotrzebna strata sił i czasu. Na przebiciu się w kierunku lasu w odpowiednim miejscu zależało nam bardzo, gdyż tam znajdował się jeden z celów naszej wyprawy – Durne Bagno.

Na skraju łąk, których przebycie okupiliśmy tak dużym wysiłkiem wzmocniliśmy się obiadem. Zestaw bez zmian a w nim główne miejsce zajmowały kabanosy, sezamki i herbata.
Kolejne kilometry to kluczenie wśród lasu, podmokłości i śródleśnych bagnisk, obrzeżami Durnego Bagna. Niezmiennie fascynującymi okazywały się fragmenty lasu zalane wodą, gdzie z niebieskawej lub białej tafli lodu wyrastały niezliczone kolumny drzew. Mały postój urządziliśmy sobie przy żeremiu bobrowym monstrualnej wprost wielkości. Nie mniejsze wrażenie niż wszelkie dziwy przyrody zrobiły na nas napotkane na środku jednego z przekraczanych bagienek świeże ślady butów. Wybór był prosty. Albo leśniczy, albo kłusownik. Zarówno z jednym jak i z drugim nie bardzo chcieliśmy się spotkać. W pierwszym momencie była jeszcze trzecia opcja, że kręcimy się w kółko i trafiliśmy na swoje własne ślady. Dokonaliśmy jednak szybkiego porównania i ten wariant został odrzucony.
Mimo trudności terenu skrajem Durnego Bagna przemieszczaliśmy się dość szybko i sprawnie. Sanie swoją wytrzymałością ciągle nas zadziwiały, bo chwilami poddawane były kosmicznym przeciążeniom. W prowadzeniu sań doszliśmy do dużej wprawy. Dwie osoby na przedzie ciągnąc je przez las bez porozumiewania się, bez gadania potrafiły zgodnie wybierać te same przejścia między drzewami i zgodnie operować linami.

W chaosie leśnych i bagiennych ostępów coraz wyraźniej widoczne stawały się dla nas ścieżki zwierząt. Dostrzegaliśmy je nawet wtedy gdy były pozbawione świeżych tropów i nauczyliśmy się im ufać. Ścieżki te wiodły bowiem tam, gdzie wydawało się nie istnieć żadne przejście, zawsze jednak znajdowały rozwiązanie i wyprowadzały z matni. Poruszanie się tropami zwierząt niesie pewne niebezpieczeństwo szczególnie istotne w przypadku samotnych wypraw. Na takich szlakach istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo wpadnięcia we wnyki lub inne pułapki zastawione przez kłusowników. My pocieszaliśmy się myślą, że we trzech zawsze damy sobie radę.

Opuściliśmy wreszcie teren Durnego Bagna wychodząc poza tablice informujące o granicy rezerwatu. Wspięliśmy się na garb, na którym leży wieś Wólka Wytycką trzymając się jednak w odpowiedniej odległości od ostatnich zabudowań, na tyle daleko, że nawet żaden pies nas nie obszczekał. Zegarki wskazywały godzinę 15.00. Od tego momentu znów czuliśmy, że nasze siły są na wyczerpaniu. Po pół godzinie doszliśmy do miejsca, które uznaliśmy za odpowiednie na obozowisko. Byliśmy na granicy Poleskiego Parku Narodowego, na rozległej łące którą na wschodzie zamykał wał brzegowy Jeziora Wytyckiego.
Przy dobrej pogodzie, ale już w wieczornej szarówce rozstawiliśmy namiot. Chłopaki mościli swoje legowiska, a ja w między czasie uruchomiłem na zewnątrz butle gazową i topiłem pierwszy garnek śniegu.

Aby nie tracić czasu rano, postanowiliśmy topić jak najwięcej śniegu wieczorem i napełniać wszystkie termosy wodą. Rano wodę wystarczy zagotować i już można zaparzać herbatę. Niestety, rano i tak trzeba było topić kolejny śnieg, by uzupełnić to co zużyliśmy na śniadanie, ale zawsze to kilka garnków do zagotowania mniej. Przy topieniu śniegu i gotowaniu wody w namiocie zaczynała się robić sauna. Gdyby nie uchylanie wejścia, wszystko byłoby mokre bo sufit namiotu błyskawicznie pokrywał się gęsto skropliną. Gotowanie na zewnątrz też nie było dobrym rozwiązaniem bo trwało bardzo długo, wymagało dyżurów na mrozie poza namiotem, a poza tym traciliśmy cenne ciepło. Następnym razem trzeba pomyśleć nad innym rozwiązaniem tego problemu. Właściwie to już obmyśliłem odpowiedni patent.

Jako ostatni władowałem się do namiotu i urządziłem swoją część sypialną. Dzisiaj namiot jakby większy. Wszystko zaczyna mieć swoje miejsce i wszystko staramy się odkładać na swoje miejsce. Jest to nieodzownym warunkiem jako takiego funkcjonowania w małej przestrzeni namiotu. Przekopanie ciemnych zakamarków, stosu worków, pakunków i ubrań w poszukiwaniu czarnej, zlewającej się z tłem skarpetki jest mocno irytujące.
Doszliśmy do wprawy w maksymalnym wykorzystaniu ciepła butli gazowej. W garnku stojącym na palniku gotuje się woda. Na tym garnku stoi drugi w którym topi się śnieg. Na tym drugim leży pokrywka na której można rozmrażać chleb lub suszyć skarpety. Każda kropla wody i każde ciepło pokrywki, garnka, palnika musi być wykorzystane. Obiadokolacja wieloskładnikowa: danie ze słoika, zupka chińska, konserwa, herbata na zakończenie słodycze i suszone owoce, tym razem banany i orzechy.

Kiedy zaspokojone zostały pierwsze i podstawowe potrzeby znów przyszedł czas na odrobinę luksusu. Nogi bez skarpet i na dodatek udało się wyprostować. Łyczek krupniku z piersiówki. Trochę, żeśmy pogadali, podsumowując dzień, a potem około 21.00 gaszenie świateł i spać. Godzina jak dla dzieci, ale przecież wcześnie rano trzeba wstać i znów czeka nas cały dzień wysiłku. W śpiworze ułożyłem się ze słuchawkami na uszach i puściłem muzykę. Coś tam kapie z poszycia namiotu, ale nie jest źle. Zawsze chciałem przeżyć ten moment, o którym tyle razy czytałem w książkach i relacjach z wypraw. Leżysz sobie w namiocie, który stanowi maleńki skrawek i namiastkę wygody, a wokół śnieg, mróz, kilometry kwadratowe kniei, coś tajemniczo świszcze, coś szeleści, a muzyczka sobie gra jak gdyby nigdy nic.

podsumowanie dnia:
wschód słońca godz. 6.54
zachód słońca godz. 16.30
temperatura minimalna w nocy –9oC (z przedziału godz. 16.00-7.00)
temperatura rano –2oC (godz. 7.00)
temperatura w ciągu dnia –0,5oC (godz. 12.30)
temperatura wieczorna – 2C (godz. 18.00)
trasa przejścia 12,5 km, cztery wywrotki sań.
kontakt z cywilizacją: napotkanych osób 0, przecięte drogi asfaltowe 0.


Dzień piąty
Spało się ciepło i dość wygodnie. Wyjście z namiotu jest bezproblemowe, bo na zewnątrz umiarkowany mróz, praktycznie bezwietrznie a kolory na wschodzie informują, że zaraz będzie można obejrzeć wschodzące słońce. Trochę się pakujemy, trochę krzątamy się przy śniadaniu i jak zwykle nieustannie topimy śnieg i gotujemy wodę. Śniadanie nasze ma chyba milion kalorii. Ja wypijam kawę, zjadam mleczne musli, następnie typowo śniadaniową potrawę jaką jest „rosyjski kociołek” (na słoiku jest napisane: ”gotowe danie obiadowe”), herbatę, trochę rozmarzniętego chleba typu pumpernikiel i kabanosy, jeszcze jedną kawę a na deser sezamki i snickersa. Nie ma co sobie żałować i trzeba dużo jeść. To przecież zapas paliwa dla organizmu na pół dnia. Żelazna zasada zimowych wypraw: kto jest najedzony ten nie marznie.

Dzisiaj znów wędrujemy w gumowcach. Wprawdzie gdy pierwszy raz wyszedłem rano z namiotu termometr pokazywał –7oC, ale gdy zwinęliśmy obóz i byliśmy gotowi do drogi było już tylko –2oC i świeciło słońce, stało się więc jasne że za chwilę grozi nam odwilż. Przestrzeń Jeziora Wytyckiego, to prawdziwie polarne klimaty. Równo i biało. Żadnych zaśmiecających przestrzeń elementów. Wokół lód i śnieg. Oczywiście z zasięgu wzroku nie zniknęły zupełnie lasy czy trzcinowiska, ale naprawdę łatwo uruchomić można odrobinę wyobraźni i zupełnie o nich zapomnieć.
Warunki idealne. Słońce prześwieca przez cienkie chmury. Można powiedzieć, że pogoda nas rozpieszcza. Wprawdzie przez ostatnie dni było dość pochmurno a w piątek po południu i w nocy padał śnieg, ale udało nam się uniknąć nękającego i szarpiącego wiatru. Z drugiej strony może i szkoda, że nie zasmakowaliśmy takich ekstremalnych warunków, gdy wiatr przygniata namiot do ziemi, albo w trakcie marszu zagłusza dźwięk rozmów. Ale nie wszystko na raz. Może to spotka nas następnym razem.

Sanie suną bez wysiłku. Gdy wskoczyłem na nie stając się dodatkowym ładunkiem, chłopaki prawie nie poczuli zwiększonego ciężaru. Po takiej powierzchni to można by przewędrować naprawdę mnóstwo kilometrów. Równa powierzchnia jeziora była odpoczynkiem dla naszych mięśni. Była odpoczynkiem także dla sań. W poprzednich dniach sanie zdały egzamin na piątkę. Szły jak czołg po kępach turzyc, po śniegu płytkim, głębokim i po lodzie, z góry i pod górę. Taranowały zarośla, krzaczki i liche drzewka. Na początku, gdy pokonywaliśmy pierwsze zarośla i pierwsze rowy każdy z nas był pełen obaw, nie do końca bowiem wiedzieliśmy, jak w takim terenie zachowają się sanie, co potrafią, a przede wszystkim jak bardzo są wytrzymałe. Stopniowo stawialiśmy przed nimi coraz trudniejsze zadania i stopniowo rosło nasze zaufanie do sprzętu. Kiedy pokonywaliśmy najtrudniejszy teren musieliśmy wzajemnie się strofować, aby nie rozwalić sań. Dochodziło do tego, że ciągnęliśmy je do skrętu z taką siłą, że istniały poważne obawy o to, że rozerwiemy je na dwie części, a w każdej z nich pozostanie tylko jedna płoza. Wywrotki, które przytrafiły nam się kilka razy również nie robiły na saniach wrażenia. Po prostu nie było się do czego przyczepić. Można śmiało stwierdzić, że zostały ekstremalnie sprawdzone i są gotowe do następnej wyprawy. W grę wchodzą jedynie drobne, kosmetyczne poprawki i udoskonalenia.
(Przepis na sanie transportowe: dwie pary drewnianych dziecięcych sanek, jedne stare, jak najdłuższe narty, aluminiowe profile do zabudowy gipsowo kartonowej, kilka brzozowych listewek, dwie garści wkrętów).

Na jeziorze spotkaliśmy pierwszego i jedynego człowieka jakiego widzieliśmy w trakcie naszej wyprawy. Oczywiście wędkarz. Skorzystaliśmy z jego przerębli by przekonać się o grubości lodu. Tafla grubości 50 cm naprawdę zrobiła na nas wrażenie i mocno uspokoiła. Nie zrezygnowaliśmy jednak choćby dla zasady ze środków ostrożności jakim była łącząca nas lina. Na środku jeziora urządziliśmy sobie sesję fotograficzną oraz symboliczne zdobycie bieguna, choć nie bardzo było wiadomo co to za biegun. Biegun czego? Zimna, niedostępności, głupoty? Postój przeciągał się, więc postanowiliśmy przy okazji zjeść drugie śniadanie pozbywając się zapasów. Konsumpcji uległy batoniki, czekoladki, sezamki i znów batoniki. Poszło ich aż do obrzydliwości, co pozwala sądzić, że zdobyte miejsce było biegunem łakomstwa i obżarstwa.

W dalszej drodze opuściliśmy jezioro, przecięliśmy szosę Cyców – Włodawa i wkroczyliśmy do kolejnej niezwykłej krainy. Przed nami rozciągało się Krowie Bagno. Z poprzedniego dnia mieliśmy dosyć uciążliwej wędrówki po kępach turzyc, dlatego postanowiliśmy wykorzystać sieć rowów i kanałów jako równe i szybkie szlaki do przemieszczania się. I rzeczywiście dosyć dobrym tempem wgryzaliśmy się we wnętrze Krowiego Bagna. Po raz kolejny zdaliśmy sobie sprawę z jego rozległości. Nie wiem czy w ciągu jednego dnia bylibyśmy w stanie je pokonać z saniami. Wygodna dotychczas wędrówka po gładkim lodzie zaczęła przynosić pewne uciążliwości. Śnieg z każdą godziną stawał się coraz cięższy, lepiący. Rosnąca temperatura sprawiła, że czepiał się sań i zaczął przywierać do podeszwy naszych butów. Można się było poczuć jak platfus na połamanych obcasach. Nie było to przyjemne, a wręcz bolesne. Dodatkowo w trakcie każdego zatrzymania płozy sań zaczęły przymarzać do podłoża. Kontrola temperatury wykazała, że jesteśmy w rejonach od 0oC do +1oC. I od razu jasny wniosek. Zarówno podróż jak biwakowanie jest łatwiejsze i przyjemniejsze przy odrobinie mrozu. Temperatura -10oC jest optymalna na takie wyprawy.

Nieubłaganie zdobywaliśmy teren, nieubłaganie mijał także czas. Trzeba było myśleć o dotarciu do cywilizacji, skąd miał nas zabrać umówiony samochód. Namiar wzięliśmy na wieś Wincencin. Wydawało się, że dotrzemy do niej stosunkowo szybko, a jednak znów daliśmy się nabrać. Na Krowim Bagnie nie pierwszy raz ulegliśmy złudzeniu, że jak coś widać to już blisko. Tymczasem szliśmy i szliśmy, a wieś ciągle była daleko. Przecięliśmy słynny Więzienny Rów, główny ciek odprowadzający wodę z Krowiego Bagna a w swoim dalszym biegu zasilający rzekę Włodawkę. Tempo marszu jak zwykle pod koniec dnia zaczęło gwałtownie spadać. Wlekliśmy się noga za nogą i zarządzaliśmy coraz częstsze zmiany. Zrezygnowaliśmy z przerwy obiadowej, wydawało się bowiem, że nie warto robić postoju, skoro za chwilę będziemy u celu. Ja osobiście miałem nadzieję, że we wsi znajdziemy jakiś typowo lokalny sklepik. Marzyło mi się, że w oczekiwaniu na transport będę mógł zanurzyć spieczone usta w zimnym piwie. Pół kilometra przed wsią musieliśmy jednak stanąć. Brak sił. Organizmu nie da się oszukać i jeśli mamy dalej ciągnąć sanie to trzeba się posilić. I rzeczywiście. Pochłonęliśmy niezawodne kabanosy, Misza zaserwował zamarznięty boczek i resztki sucharów. Popiliśmy wszystko surową wodą ze śniegu, bo herbata niestety już się skończyła i jak nowo narodzeni ruszyliśmy przyzwoitym tempem naprzód.

Widok bliskich już zabudowań sprawił, że zimno, śnieg, ciasnota namiotu i zmęczenie, to wszystko stawało się już historią. Rozmowa zeszła na to, co zrobimy po powrocie. Myśli zaczęły wybiegać w kierunku ciepłej wanny i innych zdobyczy cywilizacji. Cieszyliśmy się, że pokrzepieni posiłkiem pokażemy się we wsi w pełni formy, a nie jak ledwie idąca armia Napoleona w zimowym odwrocie spod Moskwy. Ale we wsi nie było komu się pokazać. Ponad kilometr przemaszerowaliśmy wśród rozwalonych i porzuconych gospodarstw. Nieliczne zamieszkałe obejścia były w opłakanym stanie, tchnącym biedą i bałaganiarstwem. Mizerne chatki ocieplone liśćmi i słomą, tzw. zagaty, o których myślałem, że są do obejrzenia już tylko w skansenach. Jakiś zbłąkany mieszkaniec ostatecznie potwierdził nam, że o sklepie w tej wiosce możemy zapomnieć. Na zegarku była 16.30. Bez fanfarów, w tej smutnej zapomnianej dziurze zakończyliśmy pierwszy etap zimowej wyprawy.
Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

podsumowanie dnia:
temperatura minimalna w nocy – 8oC (z przedziału godz. 18.00-6.00)
temperatura rano –7oC (godz. 6.00)
temperatura w ciągu dnia +0oC (godz. 12.00)
temperatura wieczorna +1oC (godz. 16.30)
trasa przejścia 12,3 km, bez wywrotek sań.
kontakt z cywilizacją: napotkanych osób – 1 wędkarz, przecięta jedna droga asfaltowa.

Tekst Jarek Kuniewicz.