SUBIEKTYWNO OBIEKTYWNE WSPOMNIENIA z tatrzańskich szlaków

Oto krótka relacja z tegorocznej (2012), jesiennej wyprawy w Tatry, będącej żelaznym punktem kalendarza SPAW. Jak zawsze pełna wrażeń, które pozostają w naszych głowach i jak zawsze potwierdzająca, że warto ruszyć tyłek z fotela. Niech was nie zwiodą pojawiające się gdzieniegdzie, frywolne, wtrącone mimochodem ustępy o alkoholu. Była rozwaga i był szacunek do gór. Był wysiłek, surowa przyroda, przyjaźń i trochę wesołej zabawy. Jak zawsze. Kto bywał ten wie.

Środa, 12 września
Jedni wieczorem, inni późną nocą dotarli do schroniska na Głodówce. Tym razem skład siedmioosobowy: Misza, Michał, Marcin, Piotrek, Waldi, Kuna, Sławek. Kobity nas tym razem opuściły.
Na Głodówce wesolutko, bo nasze przybycie pokrywało się akurat z rozpoczynającym się i trwającym 4 dni II Zjazdem Słowian i Wikingów. Pasowaliśmy idealnie do tego bractwa chodzącego nawet w dzień w nocnych, płóciennych koszulach, wkładającego na głowy miski z rogami i naparzającego się mieczami. Każdej pasji należy się szacunek. Aby nieco się do nich upodobnić, jedyne co mogliśmy zrobić to owinąć się śpiworami. Ze spotkania i czekającej nas wycieczki w góry cieszyliśmy się wspólnie do 3.00 rano.

Czwartek, 13 września
Budziki postawiły nas w końcu na nogi. Po ostatnim przepakowaniu plecaków wszystko co niepotrzebne pozostało w samochodach. Śniadanie w schronisku i mocna kawa nie tylko miały nas posilić, ale także pozbawić dziwnego posmaku w ustach jaki pozostawał po nocy. Rześcy i pachnący rozpoczęliśmy właściwą część włóczęgi.
Z Głodówki przypadkowo trafionym busem przeskoczyliśmy do słowackiej Jaworzyny, czyli pierwszej miejscowości za Łysą Polaną. Tam w sklepie drogą kupna nabyliśmy piwo, a także alkohol. Część piwa spożyliśmy nieopodal sklepu, następnie sprzedaliśmy butelki, a za uzyskane pieniądze nabyliśmy alkohol. Mieliśmy też alkohol pochodzący z własnej produkcji o szerokim spektrum zapachów, aromatów i mocy. Z innych przydatnych rzeczy posiadaliśmy także 20 m liny. Można było rozpoczynać wyprawę. Ruszyliśmy w górę Jaworowej Doliny przekonani, że jesteśmy odpowiednio wyposażeni.
Padał trochę deszcz, ale właściwie nie zauważaliśmy go.
Szlak był odpowiedni na pierwszy dzień. Nie za forsowny, dobry do rozchodzenia nóg. Wystartowaliśmy z wysokości 1018 m npm. Po lewej stronie cały czas mieliśmy stoki Bielskich Tatr. Z Jaworowej Doliny przez ciasną skalną bramę weszliśmy do jednej z bocznych dolin o dźwięcznej nazwie Zadne Medodoły. Przed dojściem do przełęczy Kopskie Siodło o wysokości 1749 m npm niespiesznie upichciliśmy obiadek. Za przełęczą rozpoczęły się widoki na groźne, pionowe ściany szczytów w Dolinie Zielonego Plesa osiągające 2600 m npm. Ich wierzchołki ginęły w mglistych obłokach, ale to dodawało im surowości i niesamowitości. Do schroniska dotarliśmy z zapasem czasowym, dobrą godzinę przed nocą. Pierwszy nocleg to Chata przy Zielonym Plese (1551 m npm.) z bardzo wygodną podłogą z materacami na strychu, oraz z dziewczętami cud urody w bufecie. Nie jest wykluczone, że wygoda materacy i uroda dziewcząt miały coś wspólnego z samogonem Piotrka spożytym do kolacji, którego moc określiliśmy na około 150%. Warto jeszcze wspomnieć, że podsłuchaliśmy w schronisku ciekawą rozmowę prowadzoną w eksperckim gronie o skałach dobrej jakości i złej jakości, co stało się powodem częstych żartów w dalszej części naszej drogi.

Piątek, 14 września
Rano siedząc w sali jadalnej przez wielkie okna patrzyliśmy małymi oczkami na zieloną wodę jeziora i gigantyczne skalne ściany wypełniające całe pole widzenia. Trochę jak fototapeta. Śniadanie królewskie. Szwedzki stół a na nim wszystko, włącznie z ciastem.
Rano około godz. 9.00 temperatura w dolinie 10oC. W następnych dniach z temperaturą było bez zmian. Przy schroniskach termometry wskazywały 7 – 8oC. Do wyjścia ze schroniska byliśmy gotowi znacznie przed 8.00, ale cierpliwie czekaliśmy aż deszcz przestanie padać. No i przestał. Prawie. Rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę po niekończących się zygzakach ścieżki na Rakuską Przełęcz (2023 m npm.). Od strony Doliny Zielonego Plesa to dość strome zbocze, a różnica wysokości 500 m może trochę zmęczyć. Na przełęczy wiało i pewnie było nie więcej jak 5oC, bo ręce marzły. Za przełęczą ścieżka Tatrzańskiej Magistrali i zupełnie inny krajobraz. Łagodne zbocza i gigantyczne głazowiska, przy których człowiek jest niewyobrażalnie małym okruszkiem. Przy Skalnatym Plesie (1751 m npm.) , czyli w miejscu gdzie rozpoczyna się wjazd kolejką na Łomnicę pokrzepiliśmy się piwkiem i upichciliśmy obiadek. Wjazd na Łomnicę wybiliśmy sobie z głowy po pierwsze z racji prawdopodobieństwa zerowych widoków na szczycie (o marnej widoczności poinformowała nas obsługa wagoniku), po drugie nasz zapał ostudziła cena: 50 Euro od osoby!! Zgodnie stwierdziliśmy, że za taką forsę to możemy wnieść wagonik na górę. Poniżej stacji kolejki przeszliśmy obok bardzo klimatycznego, wciśniętego miedzy głazy schroniska i od razu żałowaliśmy, że to nie tu mieliśmy obiadową przerwę. Następny postój to schronisko Chata Zamkovskeho (1475 m npm), najniższy punkt na dzisiejszej trasie. Zgodnie stwierdziliśmy, że poziom płynów w organizmie obniżył się tak niebezpiecznie, że koniecznie przed rozpoczęciem podejścia należy nam się jeszcze jedno zimne piwko. Chwilę wcześniej, kilkaset metrów przed schroniskiem osiągnęliśmy ciekawy punkt widokowy, z którego otwierał się widok na dwie doliny: Wielką Studeną Dolinę, którą pokonaliśmy w zimowej scenerii dwa lata temu wędrując do Zbójnickiej Chaty, oraz na Małą Studeną Dolinę, która obecnie była naszym celem. W głębi doliny, wysoko na skalnym progu bardzo wyraźnie widoczne było schronisko Chata Teryho. Wydawało się, że jest na wyciągnięcie ręki. Ale drogowskazy nie kłamią. To co wydawało się takie bliskie, oddalone było jeszcze o ponad 3 godziny wspinaczki.
Podejście do Chaty Teryho (2015 m npm) to znów mozolny wysiłek. Ja sapałem wchodząc stopień po stopniu 550 m do góry i dumałem o tym, ze kondycja już nie ta co kilkanaście lat temu. Inni chyba też trochę sapali, albo był to dźwięk wydawany przez oddychajacą bieliznę. Moja bawełniana podkoszulka w której pokonuję szlaki od piętnastu lat też oddychała, ale dopiero w schronisku kiedy zdjąłem kurtkę. Kiedy zdjąłem buty oddychały też skarpety. Oj jak one oddychały!
Teryho Chata to jedno z trzech schronisk tatrzańskich (jeszcze Zbójnicka Chata i Chata pod Rysami), do których wszystko dostarczane jest na plecach. Widzieliśmy noszowych zasuwających pod górę z ładunkiem przekraczającym 70 kg, a nie był to ich rekord. My sapaliśmy dźwigając plecaki, z których żaden nie ważył więcej niż 20 kg. Noszowi cieszą się wielkim szacunkiem i podziwem, a w schronisku znaleźliśmy nawet książkę poświęconą ich największym wyczynom.
Zwyczaje panujące w tak wysoko położonym schronisku są dość specyficzne, a w porównaniu z innymi schroniskami wręcz pionierskie. Turystów niewielu. W budynku okienka maleńkie, tak że w środku zawsze panował półmrok. Gospodarz oszczędzając energię gasił z upierdliwą konsekwencją jedyną żarówkę świecącą nad naszymi głowami. Brak koszy. Wszystkie śmieci trzeba zabierać ze sobą. W naszym przypadku powędrowały one 20 km przez kolejne przełęcze aż do Roztoki. W kibelku wodę polewa się z wiadra, o prysznicach nie ma mowy. W pokoju zastaliśmy trzypiętrowe prycze zajmujące dokładnie całą powierzchnię podłogi. Właściwie to po prostu pokój był podzielony na trzy poziomy. Nawet nie bardzo można było dostrzec kto śpi na dole. Nam to wszystko nie przeszkadzałoby ani trochę, gdyby nie to, że połączone było z dość gburnym zachowaniem gospodarza. Węszył on wszędzie i bez przerwy jak chciwy karczmarz.
Aby wesoło spędzić wieczór i zasnąć snem sprawiedliwego sporządziliśmy wysokogórski grog wg recepty: gorąca herbata, ciepłe piwo, rum i wiśniówka do smaku. Wszystko dobrze wymieszać i pić dużymi łykami mocno trzymając się stołka. Do tego wykwintne koreczki: chleb z musztardą i cebulą. Kiedy gospodarz o 22.00 gasił światło, my byliśmy już gotowi by przejść w inny wymiar.. Każdy z latarką na głowie odszukał swoje 1,5 m2 pryczy i to był ostatni punkt programu.

Sobota, 15 września.
O 6.30 rano byliśmy już przed schroniskiem by zrobić trochę zdjęć. Niesamowite kolory chmur i bezkrwawe łowy na kozice. Przed obiektywem aparatu biegało ich kilkadziesiąt. A więc to nieprawda, że najpowszechniej występującym ssakiem górskim jest góral. Po porannym spacerze wróciliśmy na śniadanie. Gospodarz zapytany, czy będzie szwedzki stół zabił nas śmiechem. Śniadanie poprawiliśmy przed schroniskiem kawką zupełnie niespiesznie wypitą. Nasze wyjście w góry opóźniało się nieco, a to za sprawą przerwy technicznej w funkcjonowaniu wc-tu. Godzinne poranne sprzątanie, podczas którego na klucz zamknięto ten jakże ważny przybytek. I to w godzinach porannego szczytu!!
Wyruszyliśmy na szlak w kierunku Przełęczy Czerwona Ławka (2352 m npm), która była naszym głównym celem nie tylko tego dnia, ale także całej wyprawy. W czasie podejścia okazało się, że nie jest tak źle jak wynikało z różnych górskich opowieści. Owszem, trochę łańcuchów do pokonania z których można było akuratnie zlecieć, ale skała miała wystarczająco dużo punktów podparcia, by wspiąć się na przełęcz nawet bez łańcuchów. Widać też było resztki mocowań poprzedniego wariantu trasy, który według mnie był bezpieczniejszy i mniej eksponowany. Nie wiem co przyświecało twórcom, by przenieść łańcuchy wyżej. Z przełęczy otworzył się rozległy widok na obie strony. Niebo było w dużej części błękitne a ściany skalne pięknie oświetlone słońcem. Na wschodzie w całej okazałości prezentowała się Łomnica (2632 m npm) z widocznym na górze tarasem i stacją kolejki oraz sąsiedni Durny Szczyt (2623 m npm). Na zachodzie wypatrzyć można było szczyty Gerlacha (2655 m npm), a daleko w dole, na progu doliny rysowała się znajoma sylwetka Zbójnickiej Chaty (1960 m npm), w której bardzo gościnie zostaliśmy przyjęci dwa lata wcześniej i do której zmierzaliśmy obecnie. Dojście z przełęczy do schroniska było dłuższe niż sądziliśmy, ale bardzo przyjemne. W Zbójnickiej Chacie uruchomiliśmy nasze dwie butle gazowe i z niesionych zapasów przyrządziliśmy obiadek. Z bufetu potrzebowaliśmy tylko zimnego piwa. Od picia wody zupełnie odwykliśmy, zresztą rzecz oczywista, nie jesteśmy zwierzętami, żeby pić wodę.
W trakcie obiadu ostatecznie postanowiliśmy podjąć próbę dotarcia jeszcze tego dnia do schroniska w Roztoce. Było to jak najbardziej wykonalne, oczywiście przy założeniu, że ostatni fragment trasy pokonamy nocą i wykonamy skrót bez szlaku, idąc przez las na azymut. O 14.00 kiedy wyruszaliśmy wszyscy właściwie schodzili już w dół, a my pod górę na kolejną przełęcz. Ale nie jesteśmy od tego żeby robić to co wszyscy. Jak to mówią, żywa ryba płynie pod prąd, z prądem płynie martwa ryba.
Wejście na Przełęcz Rohatka (2288 m npm) odbyło się po skałach „bardzo złej jakości”. Wróciły wspomnienia z naszej obecności w tym miejscu w scenerii zimowej. Niestety tym razem też poskąpiono nam widoków, bo na przełęczy chmury. Przejaśniło się nieco kilkadziesiąt metrów niżej, gdy opuściliśmy strefę łańcuchów. Patrząc na wszechobecne głazowiska zachodziliśmy w głowę, jakim cudem udało nam się kiedyś zjechać tędy po śniegu na karimatach. Przy rozwidleniu szlaków pod Polskim Grzebieniem wstąpiliśmy na ścieżkę, którą nikt z nas jeszcze nie szedł, prowadzącą do ogromnej doliny Białej Wody. Kilkadziesiąt minut później widok na Litworową Dolinę i Dolinę Białej Wody uznaliśmy za najładniejszy na całej naszej trasie, mimo, że wierzchołki okolicznych szczytów spowijały chmury. Widoczne w dole stawki i następujące po sobie progi oddzielające poszczególne piętra doliny robiły na nas wrażenie. Mimo presji czasowej postanowiliśmy w tak pięknych okolicznościach spożyć czekoladę i herbatę, tym bardziej że całkiem niedawno minęła five o’clock. Warto było też nieco odsapnąć przed ostatnim odcinkiem, który nie wiadomo kiedy i jak się skończy. „Zróbmy przerwę, żeby nam się „motór” nie zatarł”.
Szybko i sprawnie rozłożyliśmy więc kuchenny sprzęt. A po herbacie dalej w drogę. W międzyczasie słońce schowało się już za góry. Ścieżka opadała stromo w dół i szybko traciliśmy wysokość. Roślinność była coraz bujniejsza i uświadomiliśmy sobie, że od trzech dni poruszaliśmy się powyżej granicy lasu, a przeważnie także ponad granicą kosodrzewiny. Po zejściu na dno doliny, między świerki zrobiło się ciemno, ale jeszcze przez ponad godzinę szliśmy bez latarki, bo ścieżka była wyraźna, choć już nie bardzo widzieliśmy po czym stąpamy. O ile w ciągu całego dnia wędrowaliśmy rozciągnięci chwilami na kilkanaście minut, o tyle teraz, w lesie zbiliśmy się w ciasną gromadkę. Nie ulegało wątpliwości że całkiem blisko słyszymy dość nieprzyjemne mruczenie i burczenie, które raczej nie było dźwiękiem wydawanym przez wiewiórkę. Dolina Roztoki i Białej Wody to miejsce najczęstszych spotkań turystów z niedźwiedziem. A my od 4 godzin nie spotkaliśmy ani żywej duszy. To był nasz prywatny szlak tego popołudnia. Około 20.00, po 11 godzinach marszu przed nami był jeszcze jeden dość atrakcyjny punkt programu. Po ciemku, na rympał przeprawić się przez potok, pokonać bez szlaku kilkaset metrów lasu i jakimś cudem trafić do ukrytego wśród świerków schroniska w Starej Roztoce. Przy okazji przekraczaliśmy w tym miejscu granicę polsko-słowacką. Ciemno było tak, jakby ktoś atramentem polał oczy i tylko w świetle latarki można było coś wypatrzyć. Próba pokonania potoku po głazach nie do końca się powiodła. Woleliśmy zmoczyć buty, niż ryzykować skakanie po oślizgłych kamieniach i niekontrolowany upadek, który łatwo można skończyć skręceniem nogi. Chlupiąc butami przedzieraliśmy się przez las. Po kilku próbach, zawijasach, i zatoczonych pętlach przerywanych burzliwymi dyskusjami na temat poprawności obranego kierunku ujrzeliśmy wreszcie błysk światła między drzewami. W schronisku, gdy poziom adrenaliny nieco opadł poczuliśmy dopiero jak jesteśmy zrypani. Ale człowiek nie sznurek, wszystko wytrzyma. Po zmianie skarpet, zamówieniu piwka i schabowego wstąpił w nas nowy duch. Ten nowy duch co raz popychał nas w stronę bufetu, a potem grzecznie ukołysał na podłodze w przedsionku schroniska.

Niedziela, 16 września.
Noc była ciężka. Niektórym przeszkadzało światło żarówki palące się przed schroniskiem i przez okna werandy zaglądające nam w oczy. Inni narzekali na wstrząsające powietrzem dźwięki i potężną falę uderzeniową jaką swym chrapaniem wytwarzały niektóre zalegające na werandzie organizmy turystyczne. Ale mały dyskomfort jeszcze nikogo nie zabił, a wstający dzień pozwolił szybko zapomnieć o mankamentach nocy. Koszmary zupełnie prysły gdy punktualnie o 7.00 otworzyło się okienko bufetu. Plan na ten dzień nie był dla nas zbyt napięty. W marszrucie już tylko powrót do Głodówki. Bez zbędnych komentarzy cała drużyna była gotowa jak na komendę. Zresztą jak zawsze. Trzeba przyznać, że zgraliśmy się wyjątkowo dobrze. Przez całą wyprawę nikt nie marudził, każdy wiedział co ma robić. Jak jeden wyciągał palnik, drugi bez gadania sięgał po maszynkę, trzeci czerpał wodę a kolejny szykował herbatę. Jak jeden wyciągał kieliszek, drugi natychmiast szykował flaszkę a trzeci wyciągał rękę i wznosił toast. Bez specjalnego planowania zawsze razem byliśmy gotowi do wyjścia o jednej godzinie. Można było liczyć na pomoc kolegi, a prośby nie pozostawały bez odpowiedzi. „Wsadź mi go tam, gdzie poprzednim razem” – to oczywiście o termosie. „Popraw mi aparacik” – to w przypadku gdy zsuwał się sprzęt fotograficzny, itd itp. I jeszcze jedna zadziwiająca rzecz. Zawsze wszyscy mieli ochotę na piwo. I nikt nikogo nie poganiał. Po prostu kompania idealna.
Tak więc opuściliśmy ostatnie schronisko na naszej trasie. Najpierw przez las dotarliśmy do Polany Palenica, gdzie nastąpiło zderzenie z masową turystyką tysięcy ludzi zdążających nad Morskie Oko. Klaksony samochodów, turkot wozów, ciupagi, serki, końskie kupy, bilety wstępu i cała reszta części składowych tego przemysłu. Przez cztery dni trochę o tym zapomnieliśmy i postanowiliśmy nadal pozostać w tej naszej pionierskiej atmosferze. Wdrapaliśmy się więc jeszcze na Rusinową Polanę (na szlaku ciągle zero turystów) i dalej spacerkiem, aż do Głodówki, tym razem już pod prąd rwącego strumienia niedzielnych wczasowiczów. I tak oto, zamiast podjechać busem, daliśmy sobie jeszcze trochę w dupkę, bo trzy godziny marszu pod górę zostały zaliczone. Ale przecież im gorzej, tym lepiej. Zadowoleni z siebie mogliśmy spokojnie wyruszyć w drogę do domu.
I zacumować do następnego razu, bo jak mówi stara góralska maksyma:
Statek najbezpieczniejszy jest w porcie, ale nie po to buduje się statki.

Tekst Jarek Kuniewicz.