BAGNA SOBIBORSKIE - odsłona druga

Zima się przeciągała. Ciągle jeszcze mimo coraz dłuższego dnia zalegało sporo śniegu, a niskie temperatury gwarantowały w miarę stabilny lód. Zachęceni udanym wypadem styczniowym postanowiliśmy po raz kolejny spenetrować odludne zakątki wypatrzone na mapie okolic Sobiboru.

Tym razem wszyscy trzej zaopatrzyliśmy się w kalosze. Przemoczone, zamarznięte na bryłę lodu buty były moim udziałem poprzednim razem i nie chciałem powtórzyć tego błędu. By zapewnić maksymalny komfort naciągneliśmy na nogi cztery skarpety. Nie cztery skarpety na trzech, tylko każdy z nas cztery i to na każdą nogę. Zamiast onucy. Temperatura rano –2°C.
Zima to idealny czas na penetrację bagien. Jako tako daje się po nich przejść. Właściwie to nawet komfortowo, bo w większości po równej tafli lodowej. Nie ma mowy o tym by dostać się na te tereny w innej porze roku. Nie tylko suchą nogą, ale nawet suchą dupą, bo wody było miejscami ponad 1,5 m, o czym mieliśmy okazję nieco później się przekonać.
Założenie na ten dzień było takie, aby po kilku kilometrach marszu przez najbardziej zabagnione fragmenty lasów sobiborskich dostać się do mega zabagnionej strefy czyli rezerwatu przyrody „Magazyn” i dalej do totalnie zalanej wodą doliny Bugu.
Pierwszy odcinek to spacer lasem na rozgrzewkę. Zadziwiła nas cisza. Marzec, właściwie już wiosna, a w lesie nie słychać żadnego ptaka. I żadnego ruchu. Martwota. Niebo zasłoniły ciężkie chmury. Docieramy do rezerwatu „Trzy jeziora”.
Skarłowaciałe drzewa, brzozy wyrastające z trawiastych kęp i uschnięte roślinne kikuty zdradzają, że opuszczamy strefę twardego gruntu. Po odgarnięciu śniegu, pod lodem widać brunatne, czasem czarne a niekiedy nawet zielone zakonserwowane i uśpione na czas zimy życie. Zadziwiająco wyraźnie. Jak za szybą w muzeum. Nasz błogi spacer okraszony zostaje odrobiną delikatnego stresu. Kiedy wkroczyliśmy na pierwszą lodową taflę, wśród różnych szeleszczeń związanych z wydobywaniem aparatów fotograficznych i gmeraniem w plecakach dało się słyszeć dźwięki, coś pomiędzy przelewaniem i bulgotaniem. Początkowo myśleliśmy, że to chlupoczą nasze manierki napełnione najróżniejszymi eliksirami (niektóre o podwyższonej zawartości alkoholu). Okazało się jednak że to przelewa się i bulgocze woda pod naszymi stopami. Lód najwyraźniej się uginał. Sprawdzenie grubości lodu nieco nas uspokoiło. W przeręblach grubość 5 do 10 cm.

Od rezerwatu „Trzy jeziora” rozpoczynamy wędrówkę na azymut. Kilka kilometrów niezmiennie na północ. Czasem przejście bez problemu, czasem trzeba porozchylać trochę krzaków. Aż strach pomyśleć ile kleszczy nałapalibyśmy przedzierając się tu w lecie. Wokół kępy traw, mniej lub bardziej karłowate i uschnięte brzozy. Brzozy tu, brzozy tam, kępa brzóz, ściana brzóz......Syberyjskie klimaty. Nic dziwnego że fragment obszaru leśnego na mapie ochrzczony jest nazwą „Irkuck”.
Szare, ciężkie niebo nad nami i wciąż podobne otoczenie sprawiają, że bez kompasu szybko stracilibyśmy orientację. W tym fragmencie trasy trochę kluczymy, ale wreszcie trafiamy dokładnie tam gdzie postawiliśmy kropkę na mapie. To granica rezerwatu „Magazyn”
Przed nami bardzo dziwne widoki. Zalany wodą las skuty taflą lodu.
Las jak po wojnie atomowej, połamany, zmierzwiony, trochę jak skoszony gigantyczną kosą. Las-trup.
Godzina 13.00. Temperatura 0°C. Pora obiadowa. Na lodzie rozpalamy ognisko. Nie jest łatwo, ale coś tam się pali. Kiełbasy nie pieczemy na kijach. Kiełbasa leży bezpośrednio na tlącej się kupie drzewa. Wyśmienita.
Mamy lekkie wyrzuty sumienia, bo to niby zakaz wstępu do rezerwatu, zakaz palenia ognisk, itp., itd., ale te wyrzuty są naprawdę bardzo lekkie i nie przeszkadzają nam zagłębić się w tę ostoję przyrody.

Rezerwat przyrody „Magazyn” zrobił na nas wrażenie. Okazał się magazynem surrealistycznych widoków, fantastycznych plenerów fotograficznych, i różnych warunków pogodowych. Z granatowych chmur sypał śnieg, z chmurami walczyły promienie słońca, a kiedy docieraliśmy na przeciwległy kraniec rezerwatu pojawiły się nawet fragmenty błękitu. Na środku sprawdziliśmy grubość lodu. Było 20 cm. Pod lodem 1,8 m wody.

Przemierzyliśmy cały rezerwat z zachodu na wschód. We wschodniej części tego rozlewiska, z magazynu wody wypływa strumień , rozcina krawędź doliny Bugu i wpada do rzeki. Była to nasza droga, naturalna kontynuacja marszu przez podmokłości. W dolinie tego strumienia, w miejscu gdzie tworzył lokalne rozlewisko, Sławek jako nasz specjalista od ptaków wypatrzył na śniegu dziwaczne ślady wielkości ludzkiej dłoni. Zaskoczyły nas rozmiarem i doskonałym, świeżym odbiciem trzech palców. Jakby ktoś przygotowanym szablonem wytłoczył je przed chwilą. Jako laik rozszyfrowałem je jako ślady zaginionego ptaka Dodo. Sławek podejrzewając mniej egzotycznego sprawcę, zafascynowany podążył ich śladem. No i stało się. Trrach, chlup i ..... po pas siedział w wodzie. Ślady wyprowadziły go na kruchy lód. Nie było jednak mowy o tym, żeby się nad sobą rozczulać. Gumowce zostały opróżnione, zewnętrzne skarpety rozpoczęły proces suszenia, jak proporzec umieszczone na sękatym kiju, który w ręku Sławka od tej pory nam towarzyszył. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Ostatni rzut oka na tajemnicze, pechowe ślady (potem rozszyfrowane jako ślady żurawia). Biegły z nikąd do ...nikąd. A po naszej wizycie z nikąd do.... przerębla.
Kilkaset metrów dalej dotarliśmy do Bugu. Rzeka zamarznięta, rozlana na tarasę, lód pokryty równiutką warstwą śniegu. Robimy kilka zdjęć i ruszamy krawędzią skarpy. Powoli rzeka oddala się od skarpy, przestrzeń zajmują zalane łąki. W gumowcach można by po nich brodzić, ale jest problem. Od łąk na których jest około 30 cm wody dzieli nas głębsze starorzecze. Przekonujemy się o tym przy pomocy drągów, które każdy z nas trzyma w garści.
Sytuacja jednoznaczna. Suchą nogą nie przejdziemy, a niespecjalnie uśmiecha nam się zaczerpnięcie lodowatej wody do kaloszy. Nawet Sławkowi, którego spodnie prawie już wyschły. Ruszamy dalej, tym razem u podnóża skarpy, właściwie wzdłuż linii zasięgu wody. Przedzieramy się przez krzaczory bez żadnej ścieżki, choćby i lekko uczęszczanej przez zwierzaki. Trzy postacie z krzywymi kosturami w dłoniach, jak mędrcy, Gandalfy jakieś. Wypatrujemy miejsca, gdzie można by próbować przeprawić się na łąki leżące bliżej koryta Bugu. Ale przez kolejne półtora kilometra wszędzie ten sam obraz: zalany las , niebieski, czasem zielonkawy lód wyczyszczony ze śniegu, nie grubszy niż 2 cm, łamiący się przy próbie wejścia. Czasem zbliżamy się do starorzecza i między drzewami widać płynącą wodę. Tam pewnie byłoby do pasa, albo i lepiej. Na wiosnę wypłynie może jakaś wzdęta krowa... Wreszcie koniec starorzecza. Woda na tyle płytka, że daje się przejść. Brodzimy przez łąkę do drogi która wyprowadzi nas do wsi. Po drodze jeszcze mały zygzak i rzut oka na rozległy obszar na wschód od wsi, całkowicie zalany wodą. Tylko rzut oka. Zapuszczać się w tę stronę już nie możemy bo koniec dnia. Do koryta Bugu jest tu 2 km. Łąki, starorzecza, wypłukane jamy, podtopione laski. Penetracja tego obszaru to temat na oddzielną wyprawę. Wracamy na twardy grunt i maszerujemy przez wieś.

Wieś Wołczyny rozłożona na długości półtora kilometra, która kiedyś miała szkołę, sklep, gospodarzy siedzących na ławeczce przy drodze wygodnie opartych o płot, gotowych zagadnąć wędrowca, była tego wieczoru zupełnie wymarła. Pierwszy pies zaszczekał po 10 minutach naszego marszu, pierwszy dym z komina, unosił się po przejściu grubo ponad połowy wsi. Spotkaliśmy jednego mieszkańca - szykownego dziadunia w nieskazitelnie skrojonym, czarnym, wełnianym płaszczu z lat sześćdziesiątych. Płoty porozbierane, dachy zawalone, rdzewiejące maszyny na podwórkach. Ale nowe już wchodzi. Stoją z zamkniętymi okiennicami nowobogackie domy letniskowe. Domy, domki, baraki, blaszaki zastępują pomału pozostające w odwrocie gospodarstwa. Słońce już zaszło. W rozświetlonej zorzą szarówce marcowej, po 9 godzinach w terenie zamknęliśmy pętlę. Godz. 18.00. Koniec. Kilka łyków prawie zamarzniętej herbaty na spieczone usta. Resztki kabanosa i kawałek banana. Zabulgotało od takiej temperatury w żołądku. Ale można sobie na to pozwolić. Nie nocujemy w lesie, nie ma się co martwić że nocą żołądek wygoni cię przed namiot.. Wracamy do cywilizacji.

PS. W domu naniosłem trasę na mapę i zmierzyłem długość. Całość 13 km, w tym 5,5 km po leśnych drogach, 3,5 km po trzęsawiskach, 1 km po zalanych łąkach, i pozostałe 3 km na rympał przez las i krzaczory. Opłacało się !!!

PS 2. Na pewno będzie jeszcze kolejna wyprawa! Sobibór – reaktywacja.

Autor. Jarek Kuniewicz, 2010r.